Trochę pokręciłam czarodziejskim kółeczkiem z gamą barw, co to mi się wyświetliło po poklikaniu tu i tam i wyszło mi takie cuś. Jeszcze pokręcę w prawo i lewo, a kto wie – może znajdę ustawienie, które ani nie będzie razić po oczach, ani nie będzie straszyć. W każdym razie komentarze już da się wpisywać normalnie i oby tak ku normalności wszystko zmierzało. Jeszcze trochę muszę pogrzebać tu i tam, by np. adresy niektórych blogów zmienić lub dopisać, ale myślę że z czasem i ta potwora zostanie oswojona.
Ciężko, bardzo ciężko było dziś wstać i w miarę przytomnym udać się tam, gdzie nie tylko kaganek, ale nawet całe ognisko oświaty może nie wystarczyć... Na dzień dobry szybkie otrzeźwienie – do „za tydzień” oceny, koniec semestru przecież. Oj szybko wszyscy zeszli na ziemię. Studenci gimnazjalni pobudzili się ze snu jesiennego i nagle zapragnęli poprawiać, zaliczać... A jedna pannica nagle zamarzyła przepisać się do innej klasy, byle autorka słów pisanych powyższych i poniższych, jej więcej na lekcjach nie nękała swą osobą. Chudą wciąż niestety, choć z dumą schodziła wczoraj z wagi bogatsza o trzy kilogramy będące efektem świątecznego obżarstwa.
Bo Święta nad wyraz udane. I nic to, że podczas kolacji wigilijnej płakałam rzewnymi łzami, bynajmniej nie ze wzruszenia, a raczej z powodu zatkanych na amen zatok. Że po wyjściu wszystkich gości bitą godzinę stałam w kuchni przy zlewie nadal kichając jakby z armaty salwy odpalali. Że całe Święta niemal szeptem mówiłam w dzień, a w nocy ciszę nocną zakłócałam sąsiadom kichając i kaszląc na przemian. Bo jak każdy dobry pracownik – choruję w weekendy, ferie i święta wszelakie ;) A tak naprawdę to, pomijając wszystkie te niedogodności, odpoczęłam jak nigdy dotąd i odpoczynku tego mi trzeba było. I teraz, choć dalej leń straszny mnie męczy, już moje myśli wolno wracają na tory codzienności. Kiedyś muszą, prawda? :)