piątek, 11 lutego 2022

doczekałam

Zamknęli bibliotekę. Do odwołania. Młoda porozpaczała kilka minut i pobiegła pięć ulic dalej do innej filii, bo w końcu Grajdołek bibliotekami, żabkami i bankami stoi. Remont zaczęto, nie że na siedem spustów zamknęli. Najpierw wymiana okien, potem elewacja. Bo odstaje od reszty naszego cudnego apartamentowca na Wichrowym Wzgórzu. Paskudna jest -  nawet bym powiedziała...

I spoglądam przez kuchenne okno. Robiąc kawę, kanapki, obiad czy co tam jeszcze innego. I jestem pełna podziwu dla panów. Minęły cztery dni i pojawiły się cztery nowe okna.Tempo całkiem, całkiem. Świetnie tłumaczy owo magiczne określenie "do odwołania". A że biblioteka oknami stoi na każdej ścianie, obawiam się, że owo "odwołanie" nastąpi gdzieś w okolicach wakacji. O czym niezwłocznie poinformuję.

Póki co - przede mną dwa tygodnie ferii. Ufff. Oczywiście czeka mnie poświąteczne mycie okien, ale mogę to robić, mogę. Jeden dzień intensywnego biegania po hacjendzie z drabiną, wiadrem i prasowanie firan, za cenę nielogowania się na lekcje i niebiegania po szkole. Mogę. Bo starzeję się chyba w tempie ekspresowym, albo nie wiem co się dzieje, że codziennie rano budzę się z niechciejem wielkim jak stodoła.

I oboje z Rajskim, jak na zbawienie, czekamy na jego urlop. Bo chcieliśmy (czytaj - ja chciałam) spędzić kilka dni nad zimowym, mroźnym morzem. Ale w pogodzie coś nie "pykło" i będziemy nad wiosennym. Oby nie lało. Bo chcemy wdychać jod i się dotleniać ile się da.


poniedziałek, 31 stycznia 2022

byle do ferii

Styczeń się kończy, a ja mam wrażenie, że się kręcę w kółko. Z racji takich a nie innych decyzji miłościwie nam panującego ministra, który nie wie, że w klasach IV uczy w porywach i 11 nauczycieli, a nie jeden (może tej jednej jedynki nie dojrzał?...), połowa nauczycieli biega jak kot z pęcherzem pod ogonem: zdalne – stacjonarne – zdalne – zdalne – stacjonarne… Oczywiście, ja też do nich należę, bo mam przyjemność uczenia trzy klasy czwarte, razy trzy przedmioty. I do zdalnych muszę przytargać własnego laptopa, ale to już wszyscy wiedzą. Na szczęście mogę się podpiąć pod kabelek ze szkolnym internetem, ufff. I działa, bo przynajmniej internet mamy porządny. Do ferii jeszcze dwa tygodnie, więc jakoś dociągniemy. Choć, czy sprzęt domowy wytrzyma te notoryczne zmiany temperatury, tego nie wiem. Codziennie wychodzę z domu drobiąc jak gejsza, bo chodniki oblodzone, albo wieje jakby miało głowę urwać, a w ręku trzymam najcenniejsze moje narzędzie pracy na czas najbliższy. I jest git. Stany osobowe klas oscylują w okolicy 30-40%. Część dzieci na kwarantannach, bo rodzice chorzy, część chora – czytaj: przeziębiona / nieprzetestowana, bo po co / przetestowana, ale klasa się nie załapała na kwarantannę / zwykłe choroby typu angina itd. Na szczęście ci, co teraz zachorują i tak nie wyślą swoich kolegów na kwarantanny. Chyba, że jest to magiczne 1-4… Plus zdalnego jest też taki, że chory nauczyciel nie generuje dodatkowych kosztów, bo jego lekcje się odwołuje i nie trzeba rozpisywać zastępstw. Chyba, że uczy 1-4, to już wtedy wyższa szkoła jazdy. Bo część kadry wcale się w szkole nie pojawia. I albo są ściągani na tę jedną godzinę, albo udaje się obsadzić tymi, co na miejscu.

Część rodziców narzeka ( i słusznie), że zaszczepili dzieci, by mogły normalnie chodzić do szkoły, a i tak nie chodzą, bo wszystkich zamknęli w domach. Ja też się zaszczepiłam, żeby normalnie pracować, ale nie pracuję i nie żyję normalnie. Wciąż mam gdzieś w tyle głowy, by uważać. Już nawet lekcje prowadzę w maseczce. Ideałem by były lekcje hybrydowe na zasadzie: kto w szkole – ten w szkole, kto chory – ten z domu. Ale nie u nas. Nie na szkolnym sprzęcie. Nawet na prywatnym też nie. Może są szkoły, w których się tak da. I bardzo im zazdroszczę.  

niedziela, 16 stycznia 2022

Zgaga [*]

 Była ze mną od początku mojej pisaniny. Jeszcze na Onecie. Tyle ciepłych słów, rad, podpowiedzi. Tyle ciekawych i smacznych przepisów. Tyle ciepła i życzliwości. Odeszła przed Świętami. Pierwszy raz odczułam na własnej skórze śmierć wirtualnego znajomego. I nie przypuszczałam, że mnie to tak dotknie.

Spośród moich blogowych znajomych tylko Ewelinę znam osobiście. Studiowałyśmy razem podyplomowo. Spotykałyśmy się czasem na warsztatach - dla nauczycieli, albo dla uczniów. Choć częściej spotykałam Janusza, jej męża. Na podyplomówce jeszcze narzeczonego. 

Oprócz Eweliny i Janusza nikt z moich rzeczywistych znajomych nie wie, że piszę. Ci, co wiedzieli, w pewnym momencie poszli swoją drogą, bo jakoś tak przestało nam być "po drodze". I nawet nie wiem, czy jeszcze zaglądają... Rajski czasem zagląda. On wie. Czy robię z tego tajemnicę? Nie. Po prostu nie mówię. Tak jest dobrze.