środa, 30 czerwca 2010

woda z wsadem i zbawienny wpływ reklamy


Woda na Wichrowym, zwłaszcza ciepła, leci w zależności od humoru tych, co główne kurki mają pod ręką. Nigdy nie wiadomo, którego mniej lub bardziej pięknego dnia, zaraz po przebudzeniu, przyjdzie czas na zimny prysznic. I to zimny dosłownie. I oczywiście panie w administracji nigdy nie potrafią odpowiedzieć na proste pytanie dlaczego po raz kolejny w tym tygodniu brak ciepłej wody. O tym, że takowej nie ma, dowiadują się bowiem od lokatorów.
A gdy już łaskawca po drugiej stronie kurka, wspaniałomyślnie przywraca pełnię cywilizacji, i tak przez co najmniej godzinę można zapomnieć o ciepłej wodzie. Z kranu bowiem leci coś co kolorem przypomina mocną herbatę z fusami… I nie wspomnę już nawet, że sitka w kranach są czyszczone i wymieniane tak często, że jak wchodzę do sklepu to od progu słyszę „Sitko jak zawsze?”… I zupełnie tego nie rozumiem, skoro wszędzie są rurki plastikowe, nawet w pionach. To, że w kranie mam całą tablicę Mendelejewa, to widzę po kwiatkach. Nawet odżywki nie potrzebują – rosną jak na drożdżach, ale na szczęście jeszcze nie świecą w ciemności. A woda do picia obowiązkowo przez filtr, bo nalana prosto z kranu wygląda często jak rozcieńczone mleko… 
Wiadomo – jak woda z wsadem, to i na armaturze od razu widać. Umywalka i brodzik jakoś poddawały, i poddają się bez szemrania. Ale kompletnym koszmarem okazał się być kamień w wc. Bez rozprawy sądowej, od czci i wiary osądzony został niejaki Domestos, po użyciu którego kamień został przyuważony. I jak tu gości przyjmować bez pąsów na twarzy? Przecież z toalety niemal każdy wcześniej czy później musi skorzystać, a tu kamień przecudnej urody i koloru rzucającego się w oczy… I kto uwierzy, że myte regularnie?...
Widok to był bezcenny i niepowtarzalny: cuda chemiczne ze sklepu przytargane i walka z kamieniem zamieniła się w regularną bitwę. A bo to raz deska sedesowa spadła mi na głowę, gdy przytulona do klopika ostro szorowałam niechcianego uparciucha. Przed komunią Wiewióry, żeby ze wstydu się przed gośćmi nie zapaść pod ziemię, dobre kilka godzin, starą szczoteczką do zębów, do białości niemal wypucowałam co trzeba. Gorzej niż w wojsku… Żadne Cify ani Ajaxy nie pomagały. Paskuda wracała po kilku dniach, jakby się nic nie stało.
I oto, dni temu kilka, zapatrzyło się niebożę na reklamy. A tam jakieś cudo chemiczne insze, jeszcze nie wypróbowane. Że to niby „Bang i po brudzie”. Długo przedreptywałam z nogi na nogę oglądając to niby-cudo w sklepie. Niby napisane, że na uporczywy kamień, ale mój to już super uporczywy… Dowlokłam się do kasy, mało to on nie kosztował, no ale czego się nie robi, żeby w końcu było normalnie.
Uzbrojona w nowe „Coś”, szmatki i starą, niezawodną szczoteczkę do zębów (w razie czego…), mądrzejsza o kilka zdań z instrukcji obsługi, wypowiedziałam kolejną bitwę o wszystko. Popsikałam, odczekałam, zgodnie z instrukcją przetarłam szmatką (w drugiej ręce już trzymałam w gotowości to co kiedyś służyło do mycia zębów) i… Zniknął! Kibelek biały, jak w chwili zakupu:) I nie ma go do dziś.
No i jak tu czasem nie uwierzyć reklamie?:)




poniedziałek, 28 czerwca 2010

sport, goście i takie tam


I jak tu zaglądać na własnego bloga, gdy piłka kopana i ta przebijana przez siatkę, wciąga na całego? Zwłaszcza dziś była bardzo sportowa niedziela: pilot w dłoń i nie ma mnie dla nikogo. Nawet panów K. sobie odpuściłam, przedkładając emocje sportowe ponad przelewanie z pustego w próżne.
Mało tego. Przez ostanie kilka dni wzrosło o 200% zagęszczenie na Wichrowym Wzgórzu. Było gwarno, wesoło i zdecydowanie swojsko i rodzinnie. Obyło się nawet bez kłótni, walki o łazienkę i grymaszenia przy jedzeniu. Była za to nocka ze „Skrzypkiem na dachu”, długie (niekoniecznie nocne) Polaków rozmowy, a nawet śniadanie na balkonie i kawka w promieniach słońca, gdy wreszcie łaskawie przypomniało sobie, że jest czerwiec i wypadałoby wyjść zza chmur. Nie okazałam się jednak do końca zbytnio gościnna, zwłaszcza gdy wygrałam w „Państwa i miasta” i gdy po sromotnej przegranej w „Scrabble” , i uzyskaniu swojskiego przydomku „pierdoła” , tak się zawzięłam, że w rewanżu zostawiłam wszystkich w tyle. A nawet udało mi się raz nie przegrać w „Chińczyka”. Choć też nie udało mi się wygrać:)
Za kilka dni pojawią się nowi współlokatorzy. Hmmm… Zaczyna mi się podobać ten tłok na Wichrowym.





wtorek, 22 czerwca 2010

u mnie...


  

O! 
I jakby tak jeszcze to moje szanowne ciśnienie wyszło z piwnicy, byłoby jeszcze lepiej. Ale i tak nie jest źle. Lato przyszło proszę państwa:) W kalendarzu mam tak napisane. I słońce nawet świeci. Nieśmiało, bo nieśmiało, ale zawsze świeci.
Idę piec Tacie eklery. Na jutro. Wiem, że lubi. Przecież z piwem do niego nie pójdę;)
Tylko niech mi się przestanie kręcić w głowie.