sobota, 11 kwietnia 2009

środa, 8 kwietnia 2009

wiaro malutka...

Nie wiem dlaczego załączyłam telewizor o takiej dziwnej dla mnie porze. Jakaś afrykańska wioska ogarnięta walkami plemiennymi. A może nie plemiennymi? Trudno się zorientować w kilka sekund. Mieszkańcy uciekają do lasu, a między nimi wielu chorych. I lekarz. Biały. Też chory. A gdzieś, w bardziej cywilizowanej części tego kraju, jego przyjaciele gorączkowo szukają o nim informacji. Już wiedzą w jakiej był wiosce, wiedzą, że wioska została zaatakowana przez rebeliantów. Trzeba się tam dostać…(Przez moment miga mi znajoma twarz. Skąd ja znam tego aktora? Co to za film? Nie, nie chce mi się wstać po program. Co za różnica co to za film, jestem zbyt zmęczona, by go w ogóle oglądać…).
Po kilku godzinach marszu przez dżunglę grupka uciekinierów postanawia zawrócić. Doktor jest zbyt słaby i opóźnia marsz reszcie grupy. Wraz z jednym mężczyzną (Pomocnik? Tłumacz? Pielęgniarz? – nie mam pojęcia.. przecież nie oglądam tego filmu… Nie oglądam?) i kobietą wracają do wioski z nadzieją, że rebelianci sobie poszli. Niestety… Wpadają w pułapkę. Drżący od wysokiej gorączki doktor wraz z innymi aresztowanymi mężczyznami klęczy z rękoma na karku na środku wioski, a z pobliskiego namiotu słychać krzyki gwałconej kobiety. Chwilę później wynoszą ją na zewnątrz. Żyje… Zgromadzeni na placyku mężczyźni rozmawiają w tym czasie ze sobą na temat wiary. Może i dziwny czas i miejsce na takie wyznania, ale przecież nikt z nich nie wie co stanie się za chwilę. Doktor mówił, że wychowany został w rodzinie katolickiej, ale gdy tylko uznał się za wystarczająco dorosłego by decydować o sobie, więcej do kościoła nie poszedł. Po co, sztuczne to wszystko. Chwilę później żołnierze zaczynają wywlekać z placyku kolejnych mężczyzn i zza kadru słychać pojedyncze strzały. Na placyku zostaje tylko doktor i jakiś (chyba) francuski inżynier. Mimo głośnych protestów, krzyków, płaczu, również Francuz podzielił los swych poprzedników. I oto coś dziwnego się dzieje z doktorem. Tylko on został na placyku. Nagle dreszcze jakby ustąpiły, wyprężył się jak struna i… Po chwili zorientowałam się, że on odmawia po chorwacku „Zdrowaś Maryjo..” moje zaskoczenie było równe zaskoczeniu żołnierzy. Do tej pory jakby na niego nie zwracali uwagi. Grzebali w rzeczach zamordowanych szukając kosztowności. Nagle wszyscy umilkli. Spojrzeli na doktora ze zdziwieniem połączonym ze strachem i jeden krzyknął „To jest ksiądz! Patrzcie, to ksiądz!” I podbiegł do doktora łapiąc go za krzyżyk zawieszony na szyi.
Wszyscy ci, którzy kilka minut temu z zimną krwią mordowali i gwałcili skupili się wokół „księdza” i klęcząc schylili głowy… Nie zabili go. Odwieźli do najbliższej stacji misyjnej. Tam go znaleźli przyjaciele.

Od tamtego dnia minęło już kilka tygodni. Ale w mojej głowie ciągle pojawiają się pewne pytania. Zwłaszcza teraz, w Wielkim Tygodniu. Jak to bowiem jest, że wiara często daje znać o sobie dopiero w chwilach, gdy wszystko zawodzi? 
Jak to jest, że niby ateista - nie modli się, do kościoła nie chodzi, a na szyi nosi złoty krzyżyk. Gdy wie, że za chwilę umrze – zaczyna się modlić.
Jak to jest, że choć zabijają, gwałcą i kradną – klękają na dźwięki modlitwy i pokornie pochylają głowy?
Jak to jest tak naprawdę z naszą wiarą? 



P.S. Fani serialu „Ostry dyżur” pewnie się zorientowali, że chodzi o doktora Lukę Kovaca. I proszę o wybaczenie mojej ignorancji i niekompetencji – naprawdę byłam zmęczona, a serialu nie oglądam…


Ks. Jan Twardowski

WIELKA MAŁA

Szukają wielkiej wiary kiedy rozpacz wielka
szukają świętych co wiedzą na pewno
jak daleko odbiegać od swojego ciała

a ty góry przeniosłaś
chodziłaś po morzu
choć mówiłaś wierzącym
tyle jeszcze nie wiem

- wiaro malutka

sobota, 4 kwietnia 2009

w blasku wiosennego słońca

Pogoda jest niesamowita! Partita śpiewała kiedyś „Kiedy wiosna buchnie majem” ,ale chyba można przerobić to na „kiedy wiosna buchnie kwietniem”. Zaraz się wyprowadzam na balkon, z kubkiem kawy w ręku oczywiście (mój jedyny nałóg – kawa…), żeby się wygrzać jak kot na słonku.
Z racji owego słoneczka, które szaleje od kilku dni, wskoczyłam wczoraj w letnie gatki w kratkę, wersja mini-mini:) Co prawda jeszcze za zimno na taki letni strój, więc tylko w mieszkaniu mogę sobie pozwolić na odrobinę lata, a poza tym… Właśnie. Widok w lustrze był wczoraj zatrważający… Cóż – starość nie radość, młodość nie wieczność, jak mówiła moja nieoceniona Babcia. A ilością siniaków przebijam nawet Młodego, no ale nie moja wina, że na mojej drodze staje codziennie tyle ławek, krzesełek i jeszcze biurko, za którym się po prostu nie mieszczę, bo jest dla mnie za niskie:) A potem się wszyscy dziwią, czemu ja ciągle chodzę w spodniach:)
Teraz odrobina dopołudniowego relaksu, a popołudniu niestety przedświąteczne porządki. Niestety, bo obiecałam sobie bardzo, bardzo wielkie sprzątanie. Gdzieś schowałam jedną ważną dla mnie rzecz – tak, żeby pamiętać, gdzie jest i…. Oczywiście nie pamiętam gdzie to włożyłam. Mam nadzieję, że dzięki tym porządkom znajdę:) No i muszę nadrobić tyły w angielskim. Zatem pracowita sobota przede mną. I niedziela pewnie też. Ale słoneczko jest takie piękne, że na razie nie myślę o tym co mnie czeka za kilka godzin. Idę się z nim przywitać i zainaugurować sezon na moim już pięknie wysprzątanym balkonie.