poniedziałek, 8 marca 2010

Entliczek Pentliczek?


Oczywiście, że dostałam pocztą. Ufff…. Jak dobrze, że w rzeczywistości to nie jest tak skomplikowane… Cóż by miały wtedy zrobić te bardziej niezdecydowane istoty? :)


  



piątek, 5 marca 2010

nie boję się, gdy ciemno jest...


A ja mam sposób. Otoczyć miasto wysokim murem i pobierać opłaty za możliwość zobaczenia na własne oczy największego pośmiewiska w kraju.
Albo nie. Można też ludność wysiedlić, wszystko wyburzyć i zaorać. I posypać solą, by już nic więcej tu nie urosło. Jak w Kartaginie. Może jak zniknie, to przestanie być pośmiewiskiem w mediach. I narodzi się jego legenda. I nikt na nie nie będzie patrzeć przez pryzmat najpiękniejszej dziury w Polsce. Bo takowy konkurs wygrało w żółto-niebieskim radiu kilka tygodni temu. I nikt nie będzie wytykał go palcami, że strach po ulicach chodzić. I to nie dlatego, że jakaś mafia się rozpanoszyła na tym, czy tamtym osiedlu. Tylko, że ciemno, jak nie powiem gdzie i u kogo. Bo uliczne latarnie zgasły dzięki nie powiem komu. Bo kto czyta te moje wypociny, ten wie, że z polityką mi całkiem nie po drodze. I teraz też nie będzie. Choć za oknami ciemność nieprzenikniona, gdy zapada zmrok, bo mam to szczęście mieszkać przy ulicy, gdzie mieszka jakiś radny, który podpadł Temu Na Górze. A, że to główna ulica, to chyba nie ważne, prawda? I aż się dziwię, że wczoraj się ci policjanci, i sam bandzior, nie rozłożyli na jakiejś dziurze, skoro mknęli z prędkością światła przez nasze ciemne i dziurawe ulice…. No ale, na szczęście w mieszkaniach jeszcze mamy prąd i z okien się sączą jakieś smugi światła, i na cmentarzu się palą znicze, więc od biedy można powiedzieć, że nawet jest nastrojowo jak się wraca wieczorem do domu…
Chyba pierwszy raz zdarza mi się pisać w taki sposób. Wolę się zachwycać pięknem greckiej przyrody, zanudzać Was swoim marudzeniem o remoncie, czy kolejnej przegranej w chińczyka. „Cudze chwalicie, swego nie znacie”? Oj nie. Znamy, znamy. I dlatego z żalem patrzę na to co się dzieje.
Niegdyś piękne graniczne miasto, tętniące życiem. Okno na świat dla szukających szansy na lepsze życie po drugiej stronie oceanu. Tygiel wielokulturowy, w którym aż roiło się od kawiarń, restauracji, hoteli. Gdzie zielona Promenada dawała wytchnienie całym rodzinom.
Dziś po jego pięknie pozostały jedynie wspomnienia. Gdyby się jednak uważnie przyjrzeć secesyjnym kamienicom w okolicach tzw. Starego Miasta, zerknąć w to, czy tamto podwórko, popatrzeć z perspektywy tej, czy tamtej ławki, z trudem, ale można choć w niewielkim stopniu sobie wyobrazić to, że miasto mogło kiedyś kwitnąć i mieć swój urok…
Gdy tylko pogoda się bardziej zdecyduje, czy ma być już wiosną, czy dalej zimą, to się wybiorę na łowy. Poszukam piękna mojego miasta. I je Wam pokażę. Zamienię na jakiś czas bloga w fotobloga i spróbuję trochę poczarować. Może się uda. Choć będzie to niezwykle trudne.
Póki co, to chyba jest jedna dobra strona tego, że w mieście nastała ciemność. Przynajmniej nie widać jego brzydoty… Bo piękna trzeba niestety dopiero poszukać.


czwartek, 4 marca 2010

********


Przeczytałam list miłosny. Niejeden. Nie. Nie do mnie były one pisane. Do mnie nikt nie pisze i raczej pisać takowych nie będzie. 
Ktoś powie – to tylko słowa ubrane w ładne opakowanie. Może i słowa. Bo przecież słowem można uczynić wiele rzeczy: wywołać uśmiech na zalanej łzami twarzy, wyciągnąć z dna rozpaczy, albo zranić. Słowem można manipulować, stąd kłamstwa, nieporozumienia, niedopowiedzenia. Ale w słowa można ubierać też to, co w głębi duszy aż krzyczy. Przecież poezja to też słowa zaklęte w metaforach. Słowa, które wielu z nas dotykają tak bardzo, że odbieramy je bardzo osobiście.
Słowo pisane niemal zawsze do mnie przemawiało. Wzruszam się czytając książki, uśmiecham się pod nosem, gdy jakiś wiersz dotknie mojej najczulszej struny. Jak więc nie pozostać obojętnym na słowa z których biją takie gorące uczucia? Autentyczne. Nie wyolbrzymiane. Nie podkoloryzowane. Żarliwe. Romantyczne. Bez patosu. Ludzkie.
Nie ja byłam adresatem, a jednak poruszył. I gdybym dostała taki list…
No cóż – dziś tylko niepoprawni romantycy piszą listy miłosne…