niedziela, 12 grudnia 2010

przedświątecznie


Prezenty dla dzieciarni odfajkowane. Uff…. Namiętne studiowanie gazetek reklamowych, gorące dyskusje rodzinne, wchodzenie do sklepów z nadzieją, że „coś się rzuci w oczy” zakończone sukcesem:) W dużym pokoju zamieszkały trzy, metrowe, przezabójczo kolorowe stonogi i jeden półmetrowy, rozjechany przez walec pies, rasy nieznanej, maści brązowej, kudłaty. A pies z kolei to z tej okazji, że Młoda nie była łaskawa poczekać kilku dni i urodziła się przed Świętami, przez co przyprawia nas o coroczny ból głowy pt. „Co na urodziny, a co pod choinkę?”.

Powoli też, ale to bardzo powoli, zaczynam ogarniać te hektary hacjendy, żeby do świąt wszystko wyglądało jak należy. Na sam koniec oczywiście czeka mnie jeszcze spis powszechny trąbalskich współlokatorów. Co prawda całkiem niedawno zarządziłam zbiorowe pucowanie trąb i uszu, ale nie liczyłam towarzystwa. A policzyć trzeba, zwłaszcza, że zapowiada się transport zbiorowy. Nie wiem o ile sztuk powiększy się stado, ale obiecałam przygarnąć sierotki, więc dobrze wiedzieć ile ich będzie w sumie.

I okna muszę umyć. Muszę, choćby nie wiem jaki mróz ścisnął. Mogę nie mieć wytrzepanego dywanu, ale nieumyte okna? Na Święta? O nie:)

 

  

środa, 8 grudnia 2010

codzienność w oparach mgły


Mam nadzieję, że na planach się nie skończy i coś z nich jednak wyjdzie.

Brzydnie mi się już to sprawdzanie klasówek, zadań domowych, te mniej lub bardziej zapowiedziane hospitacje, wieczne kontrole (a to frekwencja, a to ilość ocen, a to tematy, a to numerki lekcji…), a do tego teraz zaczynają się snuć po korytarzach hordy studentów, którzy nagle chcą coś zaliczać,  poprawiać i nie wiem co jeszcze. Bo zaraz po świętach koniec semestru… No i jutro kolejny maraton: lekcje-konferncja-szkolenie-konsultacje.

A tu święta za pasem. I posprzątać by się zdało. O jakichś prezentach czas pomyśleć. Plan działania świąteczno-noworocznego obmyśleć. Toć to prawdziwa rozpusta, tyle wolnego…

Tylko pogoda rozstraja. Śnieg chwilowo zmienił się w szaro-bure-niewiadomo-co. To co spadnie z nieba zaraz zamarza i znów przejście kilku metrów bez dziwnych wygibasów graniczy niemal z cudem. Ale miła pani w telewizji mówiła, że już w piątek wróci to białe. Poczekamy. Na razie jedyne białe za oknem to mgła. Zjawia się znienacka pod wieczór i nad ranem. Ledwo koniec parapetu jestem w stanie dostrzec. A on też biały.

Smutne te samotne wieczory. Wróciłam do czytania książek.

 

 

sobota, 4 grudnia 2010

Barbórka po lodzie...


Jest!!!! Usłyszałam! Pierwszy raz w tym roku usłyszałam „Last Christmas” Wham’u! O – znak to najlepszy, że święta blisko:) 

A tymczasem Barbórka po lodzie. Czyżby przez Święta nie miały nas witać te śnieżne czapy na drzewach? I mróz w okolicach -12, jak teraz?

 

   


Bajkowych Świąt chcę. Bajkowych, pod każdym względem. Cokolwiek, ktokolwiek przez to rozumie.

 

  kawa