Prezenty dla dzieciarni odfajkowane. Uff…. Namiętne studiowanie gazetek reklamowych, gorące dyskusje rodzinne, wchodzenie do sklepów z nadzieją, że „coś się rzuci w oczy” zakończone sukcesem:) W dużym pokoju zamieszkały trzy, metrowe, przezabójczo kolorowe stonogi i jeden półmetrowy, rozjechany przez walec pies, rasy nieznanej, maści brązowej, kudłaty. A pies z kolei to z tej okazji, że Młoda nie była łaskawa poczekać kilku dni i urodziła się przed Świętami, przez co przyprawia nas o coroczny ból głowy pt. „Co na urodziny, a co pod choinkę?”.
Powoli też, ale to bardzo powoli, zaczynam ogarniać te hektary hacjendy, żeby do świąt wszystko wyglądało jak należy. Na sam koniec oczywiście czeka mnie jeszcze spis powszechny trąbalskich współlokatorów. Co prawda całkiem niedawno zarządziłam zbiorowe pucowanie trąb i uszu, ale nie liczyłam towarzystwa. A policzyć trzeba, zwłaszcza, że zapowiada się transport zbiorowy. Nie wiem o ile sztuk powiększy się stado, ale obiecałam przygarnąć sierotki, więc dobrze wiedzieć ile ich będzie w sumie.
I okna muszę umyć. Muszę, choćby nie wiem jaki mróz ścisnął. Mogę nie mieć wytrzepanego dywanu, ale nieumyte okna? Na Święta? O nie:)