Końcówka roku szkolnego jak zwykle nerwowa. Ale do przeżycia.
Chyba kwestia przyzwyczajenia. W telewizorni piłka kopana (dobrze mieć dwa
telewizory, żeby móc w razie przesytu zobaczyć coś innego, bez wojny o pilota),
w laptopie setki danych do dziesiątek sprawozdań, w głowie wciąż przewijająca
się lista rzeczy do zrobienia. Daję radę.
Wróciłam kilka dni temu znad polskiego morza, nad którym nie
byłam od 20 lat. Taki szybki wypad z klasami gimnazjalnymi na drugi koniec
Polski, okupiony załamywaniem rąk tu i ówdzie. No, bo jak to: tak daleko, tak
długo jechać, potem zwiedzać, do tego dwie noce (o rany, co się będzie
działo..), trzeba wrócić i – co najważniejsze: na drugi dzień do pracy. I było
super! Droga prosta, pusta i bezpieczna. Zmęczenie, nawet jak było, to już się
o nim nie pamięta. Malbork, Gdynia, Gdańsk tak piękne, że aż mi się zachciało
zaciągnąć tam Rajskiego, gdy tylko czas przez wakacje na to pozwoli. Grupa tak
zdyscyplinowana, że ani razu nie jęknęłyśmy z koleżankami czegoś w stylu „Co
nas pokusiło z nimi jechać…”. My po prostu wiemy kogo i gdzie możemy zabrać na
wycieczkę.
I teraz, siedząc na kolejnych konferencjach, pisząc kolejne
sprawozdanie, robiąc entą próbę akademii na koniec roku – uśmiecham się do myśli,
że jeszcze trochę i odpocznę. Oczywiście najpierw przewrócę mieszkanie do góry
nogami: wysprzątam, wypucuję, wyszoruję, wypiorę, wyprasuję i wyrzucę co trzeba.
A potem odpocznę. I nareszcie będę mogła się lenić do woli :)