środa, 16 września 2020

Jestem

... dumną posiadaczką ruiny do remontu. Sama tego chciałam, więc staram się podchodzić do całej tej historii z zamianą mieszkań z dużą dozą poczucia humoru. Nawet jak czasami wcale mi nie jest do śmiechu, a raczej wprost przeciwnie...

Riuna zaczyna powoli "wyglądać". Po kilkutygodniowym rwaniu starych boazerii, zrywania ze ściany farby z kategorii tych nowoczesnych, co to normalna farbą ich nie pomalujesz, rozwalaniu sztucznej drewnianej ściany i innych mniej lub bardziej dziwnych wynalazków, okazało się, że mamy całkiem niezły skład drewna. Jedna zapałka i fru - pół bloku spalone, drugie zalane... Zamówiłam firmę, żeby wywieźli mi ten majdan na wysypisko. Spoko. 2,5 godziny panowie znosili to badziewie do auta.. I nagle się okazało, że mieszkanie naprawdę ma potencjał. Po kilku tygodniach przymusowego postoju - my wróciliśmy do pracy, a firmy pojechały na wakacje, wreszcie coś drgnęło. Najpierw kaloryfery. Nadenerwowalam się, bo sezon grzewczy tuż tuż, nawet zgodę spółdzielni na spuszczenie wody z centralnego dostałam, a fachman mnie wystawił... Najnormalniej w świecie przestał odbierać telefon... Tak się zawzięłam, że zadzwoniłam pod pierwszy numer jaki znalazłam w internecie. Odkręciłam wszystko w spółdzielni. Kilka dni później przyjechał pan. Zamroził rury, zrobił co chcieliśmy i gotowe. Na drugi dzień panowie od gazu przerobili licznik. W tym tygodniu wprawiają okna i drzwi, a za tydzień już wchodzi ekipa, ta właściwa. I niech już nic się nie przydarzy, bo chcę już tam mieszkać.

W międzyczasie zaczęli remontować nam balkony. A ponieważ już zafoliowali okna do malowania, wypadało iść do kierownika tej ekipy i uprzedzić o wymianie okien. Dzisiaj już z daleka robotnicy krzyczeli, że wiedzą i nie ma sprawy.

Na placu budowy życie więc powoli się toczy do przodu, a w szkole też powoli do przodu. Jeszcze nas nie zamknęli, choć pojedyncze dzieci i nauczyciele trafiają na kwarantanny. To przez kontakty członków rodziny z zakażonymi. Reżim u nas dość ostry. Przerwy spędzamy w klasach z uczniami, pracownie przedmiotowe są wyłączone by dzieciaki się nie mieszały na korytarzu, maseczki obowiązkowe na korytarzach, ale w klasach można zdjąć, rodzice do szkoły nie wchodzą, tylko gdy muszą, dzieci same wyciągają ręce do dezynfekcji, wielu nosi swoje płyny. Zaskakująco szybko wszyscy się przyzwyczaili do szkoły w nowej odsłonie. Bo lepsza taka niż zdalna. 

wtorek, 21 lipca 2020

wakacje z niszczarką w tle

Niszczarka od dwóch dni wyrabia normy ponad własne możliwości i już ledwo zipie. Matko i córko, co ja w tych szafkach przymelinowałam… Naprawdę? Każdy z nas produkuje tyle makulatury, czy może ja jestem jakaś nadgorliwa?? Niszczę i niszczę, a tego nie ubywa. Wychodzę ze słusznego założenia, że skoro nie zajrzałam do czegoś przez ostatnie kilka lat – nie zajrzę do tego na pewno i przez kilka następnych. I to z bardzo prozaicznego powodu – tyle tego w tych szafkach upchałam, że nawet nie pamiętam co tam jest.
Część papierzysk przechodzi zatem krótkotrwały proces darcia i rozdarcia, część podlega obróbce skrawaniem, czyli trafia do niszczarki i wychodzi w postaci bardzo urokliwych konfetti. Tak z tydzień mi pewnie jeszcze zejdzie, ale przynajmniej mam zajęcie. Przed południem zalegam na balkonie, gdy tylko słoneczko się uprzejmie wyłoni zza chmur, a potem wyciągam kolejny stos makulatury i dzieło zniszczenia trwa do wieczora. Z przerwą na obiad oczywiście. Tygodniowe planowanie obiadów opanowałam już kilka miesięcy temu, więc jedno nie wadzi drugiemu – wiem co, kiedy i jak szybko się uda zrobić.
Na szczęście dzisiaj opróżnili pojemnik na makulaturę. Zgadnijmy kiedy się znów zapełni i kto tego dokona ;)

poniedziałek, 13 lipca 2020

Zmiany na Wichrowym....

…coraz bliżej. Jak nic się nie zmieni to za miesiąc będziemy dumnymi posiadaczami hacjendy większej o 2 pokoje (!). Właściwie to ja będę, a Rajski nieco później, bo pani notariusz oświadczyła, że skoro obecna hacjenda jest tylko moja, to i nowa musi być na razie tylko moja. Potem możemy to zmienić, ale na razie musi być tak, a nie inaczej. No ok, niech będzie. Ważne, że będzie :)
Korzystając z czasu oczekiwania na podpisanie ostatecznych papierzysk, zaczęłam robić wstępne porządki, bo im mniej szpargałów do przeniesienia, tym lepiej. I wpadłam w euforię już w pierwszym dniu wyrzucania z szafy wszelkich „przydasiek”. Spośród stosu teczek i teczuszek wygrzebałam jedną taką niepozorną, zakurzoną jak sto bandziorów. A w niej czaiły się paski z wypłaty. Tak, wiem – po co komu one. Ale jakoś z sentymentu je zachowałam. I teraz sentyment przybrał formę relikwii niemal…. Drążącą ręką wyjęłam pasek z koperty oznaczonej 1998/1999. Mój początek kariery ;) A na pasku stoi kwota 367 zł. Czujecie to? 367 zł! I tam nie ma żadnych zer na końcu. Trzysta sześćdziesiąt siedem złotych! Na ¾ etatu, zaraz po studiach… W tym całe 16 zł za wychowawstwo. Potem były poszczególne stopnie awansu, kolejne podwyżki… I musiały minąć 22 lata, żebym mogła powiedzieć, że dzisiaj to zarabia się prawie 10 razy więcej. Ale wszystko też 10 razy podrożało… O jejku! No nie wyrzucę tych pasków. Zachowam dla potomności.
Poza tym – brak perspektywy wyjazdu gdziekolwiek, doprowadza mnie do niewielkiego doła. Pociesza mnie tylko myśl, że dzieje się to na zasadzie „coś za coś”, a po zamianie mieszkania będzie i tak co robić. Bo zacznie się coś, co ja po prostu uwielbiam – remont. Bo ja serio kocham remonty. I znów będzie rozstrzyganie dylematów związanych z doborem kolorów, meblowaniem (bo pokojami już się podzieliliśmy), logistyka prac i cała ta otoczka, która sprawia, że effka jest szczęśliwa i czuje się jak ryba w wodzie.