Za oknem bardziej wiosennie niż zimowo. Słoneczne promienie
wpadają do mieszkania i Panna Zielona jakoś tak przez to wszystko jakby nie na
miejscu, nie w porę. Wystarczy jednak wyciągnąć szyję i spojrzeć trochę dalej niż
na koniec parapetu i już widać zakapturzone, oszalikowane i kulące się przed
dość silnym wiatrem grupy przechodniów. Drzewa machają im bezlistnymi gałązkami
gnąc się od wiatru w prawo i lewo. Psom tak śmiesznie fruwają uszy i ogony. Chyba
jednak wolę patrzeć w to błękitne niebo niż szaro-burą ziemię. Nie nastraja
pozytywnie.
Święta minęły szybko, ale spokojnie. Widzieliśmy się z wszystkimi,
choć na raty. Codziennie ktoś inny. Bez tłoku. I to nie wcale z powodu zakazów,
czy nakazów. Raczej zdrowy rozsądek nami kieruje od bardzo dawna. Nawet w
gronie rodzinnym nie spotykamy się bez potrzeby. Brata widziałam w Święta
pierwszy raz od ubiegłorocznych Świąt. Siostra pomagała przy przeprowadzce,
więc ją i Mamę widywałam częściej. Teściowa też była u nas pierwszy raz od zakupu
mieszkania. Widziała stan zastany, remontowego rozgardiaszu widzieć nie chciała
– i dobrze ;) Wyremontowane mieszkanie było więc dodatkową okazją do spotkania.
Już bowiem jesteśmy bliżej niż dalej normalności. Wciąż nie mamy zabudowy w
przedpokojach (ma się pojawić za tydzień), ale przynajmniej kuchnia już działa
jak należy. Meble kuchenne już dojechały w całości (jedna szafka pojechała przez
pomyłkę do innego klienta). I wszystkie fronty są już na miejscu, bo i zmywarka
wreszcie działa. Trzy tygodnie czekaliśmy na serwis do nowej zmywarki. Przy pierwszym
rozruchu była bowiem uprzejma zalać wodą z solą całą świeżo wyremontowaną
kuchnię (do dzisiaj zeskrobuję grudki soli spod szafki). Zgłaszanie usterki
było trochę podobne do e-wizyty u lekarza. Dokładny opis co i skąd wycieka
(choć akurat stamtąd nie miało prawa wyciekać, bo tam nóżka przecież tylko) i proszę
czekać na kontakt z serwisem. Po kolejnych trzech telefonach (bo serwis milczy,
sprzęt stoi, panowie od kuchni nie mogą nic skończyć, na podłodze soli jak w
Wieliczce, a wiadomo, że nadmiar soli szkodzi, podłodze też…) Pan Serwisant
pojawił się już z odpowiednią częścią. Stwierdził: sprzęt fabrycznie uszkodzony
– usterka rzadka. Ale widać przewidywalna skoro od razu przyjechał z czym
trzeba. I oto życie stało się prostsze. Po kolacji wigilijnej można było
usiąść, wpić kawę, porozmawiać, a w kuchni niemal samo się posprzątało.
Lubię tę nową hacjendę. Za starą nawet nie tęsknię. Przestrzeń,
która nie przytłacza. Nikt nikomu nie siedzi na głowie. Zawsze można zniknąć w
którymś z pokoi, gdy potrzeba samotności. Uznaliśmy zgodnie, że mimo wszystko
jest łatwiej utrzymać porządek. I że była to najlepsza rzecz, jaka się nam
przytrafiła w tym roku. Na szczęście mieliśmy możliwości i środki, by
zdecydować się na tak radykalny krok. Mimo pandemii, przymusowego
wielomiesięcznego tkwienia w domu, ograniczeniu kontaktów rodzinnych i
towarzyskich niemal do niezbędnego minimum – rok uznajemy za dobry. Nie ma tego
złego, co by na dobre nie wyszło. W naszym przypadku się to sprawdziło.
Na koniec moja mini kuchnia. Bo jak na tak duże mieszkanie,
to kuchnia jest maleńka. Ale przynajmniej wszystko jest pod ręką ;)