środa, 13 stycznia 2021

Takie tam niesforne pisanie w śnieżnej zamieci

 

Remont zakończony. Po 5 miesiącach wreszcie jest swojsko i normalnie. Co prawda wciąż ktoś coś w klatce puka i stuka, wierci i tnie, ale - od dawna w sumie, to już nie my. Po raz ostatni obiegłam dzisiaj wszystkie urzędy po ostatniej wizycie u notariusza i myślę, że to już  finito. Koniec. End.

Maluchy wracają do szkoły, a my razem z nimi. Szkoda, że ktoś nie pomyślał, że w klasach najmłodszych oprócz pań ‘jedentrzy’ uczą też nauczyciele tzw. dochodzący i warto by było ich też przetestować. Chociaż – lepiej, żeby mnie zaszczepili niż testowali. Ale na tę przyjemność poczekam pewnie do kwietnia. No ale. Kto by tam pomyślał. Pan minister też nie pomyślał. Zresztą, wciąż mam wrażenie, że ministrowie edukacji są z totalnej łapanki. I tak sobie nawet pomyślałam, że jak im braknie chętnych, to może się zgłoszę? W sumie jakieś pojęcie o edukacji mam, a reszta jakoś będzie. Przecież tu wszystko jest na zasadzie „jakoś to będzie”.  

A za oknem bajkowo. I niech tak zostanie.

wtorek, 5 stycznia 2021

Grajdołek jest brzydki..

Zawsze tak mówiłam. Nawet dzieciakom na lekcjach. Że pewnie trudno im sobie wyobrazić, że kiedyś był jednym z piękniejszych i bogatszych. Bo dziś brzydki i biedny. I zmuszałam ich do szukania piękna w zaniedbanych, zrujnowanych i odrapanych kamienicach w centrum. Pokazywałam ich wygląd w latach świetności, czyli jakieś ponad sto lat temu, a oni rozdziawiali dzioby, że faktycznie było pięknie.. W erze gimnazjalnej nawet kilka roczników przeciągnęłam przez wieś, żeby mogli się do tego wszystkiego zmęczyć chodzeniem po krzywych chodnikach. 

Szkoda, że musimy operować czasem przeszłym. Szkoda, że trzeba się wysilać, by znaleźć coś pięknego.. Ale ja się wciąż wysilam. Bo pod tą warstwą brzydoty i zaniedbania, jest ten sam piękny Grajdołek.

I potem przychodzi magiczny czas Świąt. I nawet Grajdołek, w blasku świątecznych lampek, staje się, choć w niektórych miejscach, bajecznie piękny, bez potrzeby wytężania wyobraźni.



wtorek, 29 grudnia 2020

Złudna ta pogoda.

Za oknem bardziej wiosennie niż zimowo. Słoneczne promienie wpadają do mieszkania i Panna Zielona jakoś tak przez to wszystko jakby nie na miejscu, nie w porę. Wystarczy jednak wyciągnąć szyję i spojrzeć trochę dalej niż na koniec parapetu i już widać zakapturzone, oszalikowane i kulące się przed dość silnym wiatrem grupy przechodniów. Drzewa machają im bezlistnymi gałązkami gnąc się od wiatru w prawo i lewo. Psom tak śmiesznie fruwają uszy i ogony. Chyba jednak wolę patrzeć w to błękitne niebo niż szaro-burą ziemię. Nie nastraja pozytywnie.

Święta minęły szybko, ale spokojnie. Widzieliśmy się z wszystkimi, choć na raty. Codziennie ktoś inny. Bez tłoku. I to nie wcale z powodu zakazów, czy nakazów. Raczej zdrowy rozsądek nami kieruje od bardzo dawna. Nawet w gronie rodzinnym nie spotykamy się bez potrzeby. Brata widziałam w Święta pierwszy raz od ubiegłorocznych Świąt. Siostra pomagała przy przeprowadzce, więc ją i Mamę widywałam częściej. Teściowa też była u nas pierwszy raz od zakupu mieszkania. Widziała stan zastany, remontowego rozgardiaszu widzieć nie chciała – i dobrze ;) Wyremontowane mieszkanie było więc dodatkową okazją do spotkania. Już bowiem jesteśmy bliżej niż dalej normalności. Wciąż nie mamy zabudowy w przedpokojach (ma się pojawić za tydzień), ale przynajmniej kuchnia już działa jak należy. Meble kuchenne już dojechały w całości (jedna szafka pojechała przez pomyłkę do innego klienta). I wszystkie fronty są już na miejscu, bo i zmywarka wreszcie działa. Trzy tygodnie czekaliśmy na serwis do nowej zmywarki. Przy pierwszym rozruchu była bowiem uprzejma zalać wodą z solą całą świeżo wyremontowaną kuchnię (do dzisiaj zeskrobuję grudki soli spod szafki). Zgłaszanie usterki było trochę podobne do e-wizyty u lekarza. Dokładny opis co i skąd wycieka (choć akurat stamtąd nie miało prawa wyciekać, bo tam nóżka przecież tylko) i proszę czekać na kontakt z serwisem. Po kolejnych trzech telefonach (bo serwis milczy, sprzęt stoi, panowie od kuchni nie mogą nic skończyć, na podłodze soli jak w Wieliczce, a wiadomo, że nadmiar soli szkodzi, podłodze też…) Pan Serwisant pojawił się już z odpowiednią częścią. Stwierdził: sprzęt fabrycznie uszkodzony – usterka rzadka. Ale widać przewidywalna skoro od razu przyjechał z czym trzeba. I oto życie stało się prostsze. Po kolacji wigilijnej można było usiąść, wpić kawę, porozmawiać, a w kuchni niemal samo się posprzątało.

Lubię tę nową hacjendę. Za starą nawet nie tęsknię. Przestrzeń, która nie przytłacza. Nikt nikomu nie siedzi na głowie. Zawsze można zniknąć w którymś z pokoi, gdy potrzeba samotności. Uznaliśmy zgodnie, że mimo wszystko jest łatwiej utrzymać porządek. I że była to najlepsza rzecz, jaka się nam przytrafiła w tym roku. Na szczęście mieliśmy możliwości i środki, by zdecydować się na tak radykalny krok. Mimo pandemii, przymusowego wielomiesięcznego tkwienia w domu, ograniczeniu kontaktów rodzinnych i towarzyskich niemal do niezbędnego minimum – rok uznajemy za dobry. Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. W naszym przypadku się to sprawdziło.

Na koniec moja mini kuchnia. Bo jak na tak duże mieszkanie, to kuchnia jest maleńka. Ale przynajmniej wszystko jest pod ręką ;)