piątek, 7 stycznia 2022

Noworocznie

Rajscy dokonali rzeczy niewyobrażalnej. Odwołali Sylwestra i przenieśli go na później. Przyczyną tej awangardy była gorączka niżej podpisanej w wysokości 38 kresek i bliżej niezidentyfikowane problemy żołądkowe, które dopadły żeńską część populacji Wichrowego Wzgórza. Młoda odwołała Lubego, bo nie wiadomo, co to za świństwo się nam przyplątało i była najbardziej nieszczęśliwą osobą pod słońcem, bo to miał być ICH pierwszy wspólny Sylwester. No bywa…

Toast wznieśliśmy odgazowaną colą i herbatką miętową i grzecznie poszliśmy spać. Młoda, jak młody wilk, już na drugi dzień brykała jak młode koźlę – tudzież wilczątko. Ja snułam się po kątach jęcząc jak klasyczna Biała Dama, bo i kolor cery zgadzał się, jak nigdy. Tydzień paskudztwo męczyło, temperatura – jak śnieg za oknem, pojawiała się i znikała, ale wreszcie sobie poszło. Tylko słabość straszna została.

Pani doktor uznała, że to pokowidowe przypadłości i zaleciła dietę. Generalnie wyniki badań mam dobre, płuca też czyste – pełna diagnostyka przeprowadzona, jak na przeglądzie technicznym.

Wczoraj więc wypiliśmy noworoczny toast, bo i Luby się przypałętał 😉

I bardzo przepraszam, że nie komentuję blogów odwiedzających. Nie wszędzie mogę… Szukam recepty na taki stan, może Rajski pomoże. Ale bardzo się cieszę z każdych odwiedzin. Ja też odwiedzam. I jak tylko trafię na korzystne „okienko” – odezwę się.

Wszystkiego dobrego w Nowym Roku!

piątek, 24 grudnia 2021

życzenia

 Życzę wszystkim spokojnych, rodzinnych i radosnych Świąt Narodzin Bożej Dzieciny.


 


piątek, 3 grudnia 2021

Jeszcze jeden dzień...


 

Izolacji dzień 17-ty. I ostatni.

Jakie odczucia po tym przymusowym zatrzymaniu się w szaleństwie codzienności?

Wielka radość z faktu, że zadzwonił mops, czy centrum zarządzania kryzysowego skończyła się bardzo szybko. Po dwóch dniach niemal spania z telefonem (bo wciąż ktoś skądś dzwonił) nawet pies z kulawą nogą się mną nie zainteresował. Co innego osoby na kwarantannach. Tych sprawdzają, wiem, bo rodzice mi meldowali, że a to dzwonił dzielnicowy, a to patrol policji chciał, by córka czy syn pomachali im z okna – i tak przez te 10 dni ze dwa razy na pewno. A ode mnie, przez 17, nikt nic nie chciał. Można by umrzeć w samotności. Niby mogłabym zadzwonić pod telefon interwencyjny z MOPS-u, ale skoro w Grajdołku codziennie było od 30 do 71 chorych, i pani wydzwaniała z tego właśnie telefonu, to pewnie załamałabym się nie umiejąc się dodzwonić… Samotny, bez rodziny lub co najmniej życzliwych sąsiadów – przepadł na izolacji jak kamień w wodę.

Na szczęście Rajski był mobilny. Choć i tak od razu wysłany na pracę zdalną. Żeby, w razie czego, nie posypał się cały zespół. I…. Chyba jednak mnie lubią 😊 Nie było dnia, żeby ktoś z pracy nie napisał z pytaniem, jak się czuję. I co najmniej z cztery koleżanki zaoferowały się, że jak co, to mam tylko napisać i przywiozą zakupy pod drzwi. Niesamowicie miło było czytać takie wiadomości. I wiem, że było to napisane szczerze.

Najbardziej mi brakowało spacerów. Miałam nadzieję, że po izolacji dostanę L-4 i choć dookoła bloku uda się przespacerować dla podbudowania kondycji. Niestety, przedłużono mi izolację i kolejny tydzień mogłam, co najwyżej, wyjść na balkon. I tak wyszłam dopiero dzisiaj. Bo albo kurzyło śniegiem, albo lało jak w porze monsunowej, albo wiało tak, że aż strach było drzwi otworzyć. Dzisiaj świeci słońce, więc skorzystałam z okazji . A jutro chcę iść na upragniony spacer dookoła bloku. Bo chyba na więcej mnie nie stać.

W ramach rehabilitacji pokowidowej nie mogę grać na flecie (miałam ćwiczyć wydolność płuc, a dmuchanie do butelki z wodą jakoś do mnie nie przemawia…). Jeden został w szkole, a drugi spoczywa w szafce, bo reszta Rajskich na zdalnych.  Ćwiczę więc małą motorykę,  czyli po ludzku – wycinam. Mam całe stado reniferów i mnóstwo bałwanków. Będzie czym ozdobić klasowe okna, jak wrócę.

I dostałam skarpetki. Takie w sam raz na chorowanie. Jak ktoś coś ode mnie chce – wyciągam spod koca stópki i już wszyscy wszystko wiedzą 😊