Za dwa tygodnie, po 4 latach, wracamy do Grecji. Mam nadzieję, że tym razem nic nie stanie na przeszkodzie. Obydwoje z Rajskim jesteśmy wykończeni zwłaszcza ostatnim pół roku. Po nim widzę to pierwszy raz, bo ja od lat, co roku, pod koniec czerwca, ciągnę na oparach chęci robienia czegokolwiek i po ostatniej konferencji padam jak mucha. On wyjątkowo padł wcześniej. Zimowy pobyt w Kołobrzegu dał nam chwilowy reset – mimo przeciwności losu w drodze tam i z powrotem (z powodu wichur pociąg nie dojechał i w Poznaniu zrobił się kocioł z tysiącem ludzi w tle, próbujących się dostać nad morze… Ale było, minęło). Odpoczęliśmy. I zniknęłam. Wessała mnie czarna dziura zwana rzeczywistością. A w tak zwanym międzyczasie: miły pan majster naprawił pralkę tak, że o mało mnie nie zabiła, bo siknęła wodą spod obudowy zalewając całą łazienkę, podczas gdy ja sobie spokojnie myłam zęby nie czując, że stoję po kostki w wodzie….; zniesiono pandemię, a ja walczę z wynikami badań, bo wciąż nie mogę dojść do siebie po chorobie; stałam się naczelnym kaowcem szkoły wciąż rozkręcając nowe imprezy i akcje; uciekliśmy przed galopująco rosnącymi odsetkami kredytu dociskając pasa na maksa i spłaciliśmy go na oparach wydolności finansowej; szukałam sposobu na moich siódmoklasistów pretendujących do niechlubnego tytułu „najgorszej-klasy-roku-budzącej-postrach-kadry-i-nie-tylko” stawiając równocześnie do pionu skołatane nerwy i upadłego ducha pedagogicznego własnego i innych; zrobiłam dziesiątki kursów i szkoleń w związku z obecnością kilkudziesięciu ukraińskich dzieci w mojej szkole; nauczyłam się układać kostkę Rubika; brat i mama walczą ze skorupiakami, a ja z czarnymi myślami; wymyśliłam już mnóstwo rzeczy do zrealizowania na przyszły rok; stałam się mistrzynią internetowych zakupów i w sumie wiele sklepów mogłoby już dla mnie nie istnieć w realu; Młoda zdała maturę; wypisałam dziesiątki dyplomów, sprawozdań, raportów i padłam na przysłowiowy pysk. Do pełni szczęścia jeszcze mnie obdarzono skierowaniem do medycyny pracy, bo terminy badań się skończyły. I tu surprajz – widzę panią pielęgniarkę, widzę tablicę wiszącą na drzwiach, ale nie widzę co na tablicy napisane… Tylko te największe literki widziałam… Cóż – starość, nie radość. Aaa… I ogarnęłam instagram. Bo kocham robić zdjęcia. I dobrze, że nie muszę już nosić ze sobą aparatu, bo ten w telefonie jest chyba nawet ciut lepszy.
Jak spędzam urlop? Od trzech tygodni dokonuję dzieła zniszczenia papierzysk naprodukowanych w ostatnich latach – bo, głupia, nawet się przeprowadziłam z tymi śmieciami – przydasiami…. I powoli odgruzowuję hacjendę. Kwiatki bym musiała też przesadzić, ale sklep ogrodniczy mi zamknęli i muszę odkryć jakiś nowy tego typu w Grajdołku. Przezornie nie otwieram szafki domkniętej kolanem jakiś rok temu, bo niszczarka sama ucieknie z krzykiem na widok kolejnego stosu do unicestwienia.
I moje ulubione zdjęcie. Dowód, że zawsze warto pomimo, na przekór i mimo wszystko.
