sobota, 8 listopada 2008

pantha rei...


Cmentarz opustoszał i zgasnął. Wszyscy odeszli do swych spraw. Jedni wrócą tu pewnie jutro, inni za rok. Wszystko się kiedyś kończy. Taki los...
Mama mi dziś powiedziała, że ma guza. Operacja nieunikniona. Chyba już w grudniu, bo ma być jak najszybciej - lekarz tak powiedział. Mówiła spokojnie, ale czułam strach w jej głosie. Wycinek trafi do Gliwic i potem czekanie... Już raz czekaliśmy. Wtedy było w porządku. Jak będzie teraz?... Oby tak samo...
Teraz rozumiem jej nagłą zmianę w zachowaniu. Taty też. Ale nie wiedziałam co ją tak złagodziło, nastroiło do rozmów. Myślałam, że to klimat zbliżających się Wszystkich Świętych. Ale ona już wiedziała i odwiedzała z tatą lekarza za lekarzem... O tym też nie wiedziałam... Żadne z nas nie wiedziało. Nie wiem nawet, czy by mi dziś powiedziała, czy czekałaby na wtorek, na przyjazd reszty rodziny. To ja zaczęłam temat... Od kilku dni drętwieje mi, jak kiedyś, noga, a od wczoraj czuję też mrowienie w rękach. Znowu ucisk na nerw... Tylko, że ręce do tej pory nie drętwiały... W poniedziałek idę do lekarza. Mama ma kolejne badania w następną środę.
Boję się. Normalnie po ludzku się boję co będzie:(

wtorek, 4 listopada 2008

4 listopada 2006r.


To było dwa lata temu. Pamiętam ten dzień, jakby to było dziś. Była straszna śnieżyca, mróz, lodowisko na drodze, bieganie w skarpetkach po Okęciu (bo do odprawy trzeba było zdjąć buty - względy bezpieczeństwa) i zamarznięte skrzydła samolotu, przez które opóźnił się start... Dziś za oknem słońce i wszystkie barwy jesieni, a w głowie wspomnienia tamtych niesamowitych dwóch tygodni...
Wykłady, warsztaty, dyskusje i spotkania. I góra notatek. Bo wszystko do wykorzystania w praktyce.
I, mimo zmęczenia całodziennymi zajęciami, wieczorne spacery po Jerozolimie. Wdychanie jej klimatu, rozkoszowanie się ciepłem w dzień i zakładanie swetrów i kurtek w zimne wieczory. I to zderzenie wyobrażeń z rzeczywistością. No bo jak to? Droga Krzyżowa? Tutaj? Między straganami z rybami, różańcami, ubraniami, torbami, owocami a mięsem? Góra Oliwna? Hmm... Na niejednej twarzy było widać odrobinę rozczarowania i zdziwienia.
Był też czas na zwiedzenie innych miejsc: Betlejem, Nazaret, Masada itd. Wspomnienia i widoki, dzięki którym żadne Boże Narodzenie nie będzie już podobne do poprzednich, żadna Wielkanoc nie będzie przypominać tych co minęły. Od tamtej pory te święta są inne, pełniejsze, jakby bogatsze.
Zadziwiające było dla mnie to życie w kraju, w którym toczy się wojna. Wszędzie wojsko, policja, ochrona, bramki do wykrywania metali... Jakże szybko się do tego przyzwyczailiśmy...
Jutro jadę z moimi uczniami do Oświęcimia. To będzie ciężki dzień. Zwłaszcza dla tych młodych ludzi. Za każdym razem jestem pełna niepokoju. Miejsce to wywołuje bowiem tak wielkie emocje. Zderzenie rzeczywistości z wyobrażeniem tego miejsca jest często dla nich szokiem. I choć zawsze kilka dni przed wyjazdem uczniowie na języku polskim czytają fragmenty tzw. literatury obozowej, choć na historii i lekcji wychowawczej opowiadam o historii obozu, o tym czego się mogą spodziewać, co zobaczą, to i tak wszystko to jakby za mało. Często rozmawiam z nimi w trakcie pobytu w tym byłym obozie. Czasem są to bardzo trudne rozmowy, ale bardzo potrzebne zarazem. Takiej klęski człowieczeństwa nie można powtórzyć. Nie chciałabym znowu przyzwyczaić się do życia w kraju, w którym toczy się wojna...

niedziela, 2 listopada 2008

siła wspomnień


Pamiętam, jak kiedyś zadałam dzieciakom w szkole zadanie zrobienia drzewa genealogicznego swojej rodziny - bo takie wymagania programowe itd... I nagle przyszło coś w rodzaju opamiętania "No dobrze droga pani, a drzewo Twojej rodziny?" I zaczęłam zamęczać mamę i tatę mnóstwem pytań dotyczących dziadków i pradziadków. Najpierw się ode mnie odganiali jak od natrętnej muchy (zaczęłam się nawet zastanawiać, czy moi uczniowie też mają taką drogę przez mękę), aż w końcu mama wyjęła z meblościanki szufladę. Gdy babcia umarła, mama schowała tam cały plik notesów od babci. Nikt tam nie zaglądał, bo po przejrzeniu kilku z nich uznaliśmy, że w każdym pewnie są same adresy.
Cała zawartość szuflady wylądowała na dywanie.
- Przeglądaj, może coś tam znajdziesz - powiedziała mama.
No to zaczełam wertować notes za notesem i... Szybko się okazało, że po serii powtarzających się adresów zaczęły się dziwne zapiski - babcia prowadziła dość skrupulatnie kronikę rodziny: kto kiedy się urodził, z kim ożenił, kiedy umarł itd...
- Wiedziałam, że mama to spisywała, ale myślałam, że wujek to spalił razem z resztą niepotrzebnych papierów - wyszeptała zaskoczona mama. Nawet nie potrafiła wyjaśnić czemu akurat te notesy zabrała z mieszkania babci. Chciała mieć pamiątkę po swojej mamie.
I się zaczęło szaleństwo: porządkowanie zapisków, dopasowywanie osób do osób, ustalanie imion, bo w różnych miejscach te same osoby występowały pod innymi imionami itd. Aż w końcu po kilku tygodniach powstało ogromne drzewo. 7 pokoleń wstecz... Babcia była niesamowita!
Od kilku lat, gdy mama jedzie z moim bratem na Wszystkich Świętych, pakuję się z nimi do auta, a potem na cmentarzu trwa dyskusja- kto to był i gdzie jest na naszym drzewie. Czasem spotykamy kuzynki albo kuzynów mamy - wtedy dyskusja rozkręca się na całego:) A oni chętnie opowiadają. Te opowieści często zamieniają się w potok wspomnień typu: "A pamiętasz jak chodziliśmy na ryby do młyna?" "Dzisiaj już nie ma młyna, ani śladu. Domy tam stoją." "No co powiesz...". Czasem mnie to śmieszy. Zwaszcza, gdy wysiadamy z samochodu a mama się rozgląda i mówi:
- Kiedyś tej drogi nie było. Same pola tu były. A teraz domy...
Przecież przez te 40 lat, gdy już tam nie mieszka wszystko się zmieniło, nawet ludzie już nie ci sami...
Siła wspomnień... Dziś kolejny dzień wspominania tych co odeszli. Niech w naszej pamięci będą ciągle obecni. Wtedy będzie tak, jakby zawsze byli obok nas.