Cmentarz opustoszał i zgasnął. Wszyscy odeszli do swych spraw. Jedni wrócą tu pewnie jutro, inni za rok. Wszystko się kiedyś kończy. Taki los...
Mama mi dziś powiedziała, że ma guza. Operacja nieunikniona. Chyba już w grudniu, bo ma być jak najszybciej - lekarz tak powiedział. Mówiła spokojnie, ale czułam strach w jej głosie. Wycinek trafi do Gliwic i potem czekanie... Już raz czekaliśmy. Wtedy było w porządku. Jak będzie teraz?... Oby tak samo...
Teraz rozumiem jej nagłą zmianę w zachowaniu. Taty też. Ale nie wiedziałam co ją tak złagodziło, nastroiło do rozmów. Myślałam, że to klimat zbliżających się Wszystkich Świętych. Ale ona już wiedziała i odwiedzała z tatą lekarza za lekarzem... O tym też nie wiedziałam... Żadne z nas nie wiedziało. Nie wiem nawet, czy by mi dziś powiedziała, czy czekałaby na wtorek, na przyjazd reszty rodziny. To ja zaczęłam temat... Od kilku dni drętwieje mi, jak kiedyś, noga, a od wczoraj czuję też mrowienie w rękach. Znowu ucisk na nerw... Tylko, że ręce do tej pory nie drętwiały... W poniedziałek idę do lekarza. Mama ma kolejne badania w następną środę.
Boję się. Normalnie po ludzku się boję co będzie:(