Właściwie to chciałam napisać o moim dzisiejszym niespodziewanym gościu. Zaczynam lubić niespodziewanych gości na nowo. Znów dostrzegam w tym ogromną frajdę, znów sprawia mi wielką radość usłyszeć w słuchawce "Cześć, mogę na chwilę?". Ale w mojej głowie jest taki natłok innych myśli, że czuję się jakbym weszła w oko cyklonu...
Coraz częściej się zastanawiam z jakiej bajki się tu wzięłam, bo do tej, która mnie otacza, jakoś nie pasuję. Bardzo się staram, ale jakoś mi nie wychodzi. Czasem mnie drażni to, że ludzie próbują mnie 'urobić' na swój obraz i wyobrażenie. Nie zwracają uwagi na to, że może taki styl życia mi odpowiada. Że może mam własną wizję siebie i dobrze mi z taką Ewą, z jaką żyję te ponad trzydzieści lat. Że nie lubię tłumów i męczę się na tych bardziej i mniej oficjalnych imprezach, na których prawie nikogo nie znam. A nawet jak znam, to i tak się męczę... Że sama wiem, w jakim towarzystwie się czuję najlepiej. Że najlepiej odpoczywam w domu, nawet jak jestem w nim sama. A to, iż jestem sama, nie znaczy, że jestem samotna, bo są ludzie, na których mogę liczyć. To nic, że się kłócimy i godzimy, i znów kłócimy i godzimy, ale mamy siebie. A może mój stan cywilny to już świadoma decyzja? Czy któraś z kochanych ciotuń albo kuzyneczek, czy "koleżanek", pomyślała o takiej opcji i pomyśle na życie? Pewnie nie.
Dla jednych jestem inna, dla innych dziwna, dla jeszcze innych staroświecka, niereformowalna. Może jeszcze z jakieś trzy lata temu bym się tym przejmowała. I przejmowałam się. Dziś nabieram już do tego dystansu. Coraz częściej odpowiadam z żartem, przekąsem, a czasem nawet złośliwie. Choć czasem rzucona pod moim adresem uwaga zaboli jak dawniej...
Nie ważne jaką mnie chcą widzieć. Nie ważne, że ich zdaniem robią to dla mojego dobra. Z rad, z których chcę - korzystam. Ale chcę być sobą. Z własnym pomysłem na życie. Nawet, jeżeli nie będzie ono idealne. Przecież nikt go za mnie nie przeżyje.