W ramach ukulturalniania młodego pokolenia, wpadłyśmy z Panią Sztuką na szatański pomysł zabrania uczniów do opery. Ale nie po to, by zobaczyli jak wygląda budynek na zewnątrz i wewnątrz, czy posłuchali wywodów, któregoś z oddelegowanych na tę okazję pracowników opery, ale tak na poważnie - do opery na operę.
Czyli tak nawet bardzo poważnie...
Nawet nie było problemów ze znalezieniem chętnych, co mnie miło zaskoczyło. Nie obyło się oczywiście bez argumentów typu "Być może to twój pierwszy i ostatni wyjazd do opery", ale generalnie nie trzeba było nikogo zbytnio przekonywać. Problem pojawił się w momencie, gdy któryś bardziej obeznany w temacie spytał, czy trzeba się ubrać jak do teatru, albo i gorzej wystroić.
- Oczywiście, że tylko strój galowy. Adidasy i dżinsy odpadają. O bluzach z kapturem nie wspomnę.
Przeboleli i to.
Zadowolona z dobrze spełnionej dziejowej misji ucywilizowywania przyszłości narodu przyszłam do domu, otworzyłam szafę i... Padło znane wszystkim hasło "Ale ja nie mam co ubrać!" Gdyby było ciepło, nie miałabym problemu, ale w zimie? (Tak nawiasem mówiąc, gdyby faktycznie przyszło mi iść do opery latem, też bym pewnie otworzyła szafę i stwierdziła, że nie mam co na siebie włożyć i że zimą byłoby łatwiej coś znaleźć).
Zaaferowana postanowiłam kupić coś, co byłoby jak najbardziej odpowiednie na taką okazję. "Coś" - to znaczy sukienkę.
Ja i sukienka... Dwie odległe galaktyki... Ale skoro chłopcy uznali, że mogą się poświęcić i zamienić adidasy na niewygodne wyjściowe buty, to i ja mogę się wcisnąć w jakąś sukienkę...
Ufff... Jest. Taka, jaką sobie wymyśliłam (specjalnie mi ją do sklepu podłożyli, czy jak?). Zdjęłam z wieszaka i potulnie potuptałam do przymierzalni.
O matko jedyna! Co tam się działo! :) Gdyby ktoś to kręcił, dostałabym Oskara:))
Najpierw nie bardzo wiedziałam, jak to coś założyć. Od dołu, przez biodra się nie dało, a od góry, przez głowę, jakoś niewygodnie. Gdy już jakoś udało mi się ją ubrać, pojawił się kolejny problem - zamek na plecach. Gdy i ta przeszkoda została pokonana, nagle odkryłam dlaczego tak ciężko było mi się wcisnąć w tę sukienkę - mój rozmiar już nie jest moim rozmiarem! (Przytyłam??? Eeee... Pewnie zaniżyli numerację..) Spojrzałam w lustro. Wszystko pięknie, ładnie, tylko: za krótka, za ciasna i w ogóle czuję się w niej jak w zbroi... Trzeba zdjąć.
I zabawa zaczęła się od nowa. No bo jak odpiąć zamek, gdy sukienka za ciasna i każdy nieostrożny ruch grozi jej popękaniem na szewku, a do tego chyba mi się ręce skurczyły, bo do własnych pleców nie sięgam! Koniec końców udało się ją zdjąć. Z ulgą wskoczyłam w dżinsy, włożyłam kurtkę i poszłam do kolejnego sklepu.
Jest. O takiej też kiedyś myślałam. I znowu wyprawa do przymierzalni. Tym razem rozmiar w porządku (czyli tamten coś był nie ten..), nawet ubrałam z większą wprawą, tylko... Dlaczego wyglądam jak nienadmuchana piłka plażowa? Na wieszaku wyglądała o wiele lepiej...
Do innych sklepów już nie weszłam. Brakło czasu. Może dziś jeszcze gdzieś pójdę popołudniu. Zrobię też jeszcze raz dokładny remanent w mojej szafie. Może nie jest tak źle i coś tam jednak znajdę.
I tak to właśnie jest. Nie miała baba kłopotów - zachciało się jej pójść do opery:)