Podeszła, by zapytać o zakres materiału, który powinna opanować, aby zaliczyć I semestr. Nie została sklasyfikowana ze względu na nieobecności. Usiadłyśmy i zaczęłyśmy spisywać kontrakt. Po kilkunastu minutach, gdy wszystko było zapisane i podpisane, nagle spojrzała na mnie i zapytała:
- Czy mogłaby mi pani zdefiniować słowo "zaufanie"?
Zaskoczyła mnie tym pytaniem. Nie dlatego, że je zadała, ale dlatego, że zadała je w czasie, gdy sama od kilku dni zastanawiam się nad tym, co to znaczy ufać komuś i gdzie jest granica zaufania. Czy to jeszcze zaufanie, czy może już naiwność?
Gdybym zakładała z góry, że ktoś mnie ciągle karmi słodkimi kłamstwami, mami obietnicami bez pokrycia - zamknęłabym się w sobie jak ślimak w skorupie i stała się wielkim samotnikiem. Z drugiej strony ogromną naiwnością jest rozpowiadanie na prawo i lewo o swoich sprawach - chyba, że jest się psychicznym ekshibicjonistą...
Dla mnie zaufanie wiąże się z ryzykiem. Zwłaszcza na początku każdej znajomości. Ale jak nie zaryzykuję, to nigdy się nie dowiem co tak naprawdę drzemie w tym człowieku. Jeżeli ktoś się sprawdza w sprawach codziennych, gdy o coś proszę i nawet w odmowie spełnienia moich próśb są racjonalne argumenty, nabieram pewności, że mogę się przed nim otworzyć i wpuszczam go do mojego świata coraz bardziej i bardziej. Myśl o tym, że może jestem oszukiwana, nawet nie przychodzi mi do głowy. Bo nie ma takiego powodu.
A gdy się znajdzie powód?
Wtedy przychodzi rozczarowanie, trudny do opisania ból i ogromny smutek. I szukanie odpowiedzi na pytanie "Dlaczego nie zauważyłam wcześniej, że żeruje na mojej naiwności?". A odpowiedź jest prosta: "Bo ufałam". Czy ktoś sprawdza na każdym kroku swego współmałżonka, przyjaciela, dziecko czy jeszcze kogoś, czy go oszukuje? Czy wyręcza go w różnych sprawach wychodząc z założenia, że i tak tego nie zrobi, albo zrobi źle? Jeżeli to robi to znaczy, że nie ma do niego zaufania. Bo zaufanie to coś trudnego do zdefiniowania. I chyba łatwiej zdefinować jego brak.