Przebiegłam pół miasta. W portfelu posucha, a tu wszystkie bankomaty z jednym komunikatem „Awaria”. Nosz, zmówili się czy jak?? Było tylko jedno, jedyne rozwiązanie – wędrówka do głównej siedziby mojego szacownego banku. Normalnie nie byłby to żaden problem, w końcu ode mnie to kilkadziesiąt kroków. Ale akurat byłam w drugiej części miasta, więc trzeba było nadłożyć drogi. Przypuściłam atak na pierwszy bankomat, tuż przed wejściem i… „Awaria”… Wrrrr…. Wchodzę do środka, a tam piękna kolejka. Trudno. Postoję. Przede mną stała dziewczyna, na oko w moim wieku, z małą dziewczynką uwieszoną do rękawa. Nawet na nią nie spojrzałam. Miała żółtą bluzę sportową. Tyle zarejestrowałam w ułamku sekundy, bo akurat jakiś pan walczył z bankomatem o oddanie karty. „No tak – pomyślałam – jeszcze mi tego brakuje, żeby zablokował jedyny czynny bankomat”. Ale w tej chwili usłyszałam głos kobiety w żółtej bluzie:
- Mamo, weź Michelle, ona tam rysuje przy stoliku.
Podniosłam głowe. Głos znam, rysy twarzy jakby znajome… Magda? Eee… Przecież ona od kilkunastu lat jest w Niemczech. Ale ma córkę Michelle… Ale nie, to nie może być Magda…
Za chwilę przyszła druga kobieta z ową Michelle. Wypisz, wymaluj Magda…
W tym samym momencie pan przy bankomacie odzyskał kartę, kolejka się ruszyła. Mężczyzna stojący przed ową kobietą w żółtej bluzie (Magda – nie Magda, ciągle sobie myślę) nagle się odwrócił, zrobił zdziwioną minę:
- Ula, to ty? – powiedział do mamy tej niby Magdy. Zaczęli się śmiać, że choć tak niedaleko siebie mieszkają, to rzadko się widują, ale w banku przy bankomacie się akurat musieli spotkać. Obie kobiety zaczęły się śmiać. Właścicielka żółtej bluzy się odwróciła i nasze spojrzenia się spotkały. Obie wybuchłyśmy gromkim śmiechem.
- Cześć Ewa!
- Cześć Magda! Co tu robisz?
Aż ochroniarz wystawił nos ze swojego kantorka, bo oto przy bankomacie zrobiło się jak na spotkaniu towarzyskim. Tylko stolików z kawą brakowało:) Nie widziałyśmy się prawie 20 lat. Od zakończenia podstawówki ani razu. Na spotkania klasowe nie mogła przyjechać. I nagle takie niespodziewane spotkanie. Przyjechała tylko na 2 dni, jutro wyjeżdża, więc nawet na kawę nie było się jak umówić, ale choć chwilę można było porozmawiać. Nie da się opowiedzieć wszystkiego w kilkanaście minut, ale można choć ogólnie, choć trochę. Pobiegłam do pracy jak na skrzydłach. To był naprawdę miły początek dnia. W końcu im bliżej końca roku, tym gorzej. „Studenci” budzą się z zimowego snu i przypominają sobie, że chyba czas poprawiać jedynki. Do tego wielka czerwcowa uroczystość nadania szkole imienia: scenariusze, ceremoniały, próby i co tam jeszcze kto woli. A koordynacja na mojej głowie. Jeszcze trochę, jeszcze trochę ponad miesiąc i wakacje. A potem… Hmmm:) Wielkie nieróbstwo:)