czwartek, 9 lipca 2009

...


Wspomnienie uśmiechu nigdy nie przemija. Zwłaszcza takiego. A On był właścicielem najpiękniejszego uśmiechu, jaki kiedykolwiek widziałam… 



                                                    roza
                                                    ...

niedziela, 5 lipca 2009

blisko, coraz bliżej.. :)


To już powoli staje się uciążliwą codziennością – dzień bez braków w dostawie prądu na Wichrowym Wzgórzu, to dzień stracony… Niemal nie ma dnia, by choć na pół godziny nie wyłączyli prądu, nie odcięli kablówki lub Internetu… Jakieś stopnie zasilania w związku z kryzysem, czy jak?...
Właściwie duchem jestem już tam, skąd przychodzą takie choćby wiadomości: „Jeszcze kilka dni! Przyjeżdżaj szybko, słonko już za tobą tęskni”. Słonko tęskni… tak… uhm… :)
Powoli robię przegląd „inwentarza”. Robię pranie, suszę, potem przyjdzie czas na wielkie prasowanie (brr… jak ja tego nie lubię…) i pakowanie. I – znając siebie, pewnie z trzy razy zważę walizkę, czy nie przekroczone zostało owe magiczne 20 kilogramów. A i tak na miejscu będziemy się ciągle śmiać, po co tyle rzeczy się zabiera, skoro niemal od rana do wieczora biega się w majtkach i staniku – czytaj: w stroju kąpielowym;) Bo tak właściwie, zaledwie na posiłki, no i wieczorem, zakłada się normalne ciuchy. No, nie do końca normalne, bo takie całkiem wakacyjne, w jakich tutaj rzadko, lub prawie wcale nie chodzę.
Ech… Rozmarzyłam się na całego... To i trochę Grecji Wam tu obok wrzuciłam (resztę możecie znaleźć w galerii).
Ale żeby się nie zrobiło całkiem ckliwie i sentymentalnie, to taki dowcip– nie wiem czemu, od rana chodzi mi po głowie. Wyczytałam go kiedyś w gazecie:
Pani w szkole poprosiła dzieci, aby przyniosły do szkoły swoje zwierzątka, które potrafią zrobić coś niezwykłego. No i dzieci przyniosły pieski, kotki, myszki, szczury – a każde potrafiło zrobić jakąś sztuczkę. Przyszedł też Jasiu z… żabą. Pani spojrzała na Jasia i z pewnym politowaniem w głosie powiedziała:
- Jasiu, ale żaby nie potrafią robić nic niezwykłego.
- Ależ ona potrafi, proszę pani – odpowiedział Jasiu i dotknął żabkę mówiąc: - No.
A żaba podskoczyła i w klasie się rozległo:
- Kła… 
- Jasiu, żabki naprawdę nie posiadają wrodzonych ani nabytych talentów – znów powiedziała pani.
- Ale to jest niezwykła żaba, proszę pani – odpowiedział Jasiu znów dotykając żabki.
A żabka:
– Kła…
- No widzisz Jasiu, to jest zwyczajna żaba – powiedziała pani odchodząc do następnego stolika.
Wtem Jasiu się zdenerwował, jak nie walnie pięścią w stół. A żaba nagle:
- Kła… ntanamera, tarirarira, kłantanmera… :)



czwartek, 2 lipca 2009

o miłości do komarów i nie tylko


Korzystając z całkowicie bezdeszczowego dnia, postanowiłam wybrać się na zakupy. I w tym momencie moja notka powinna się zakończyć. Ponieważ zakupy – w każdej postaci, to moje „ulubione” zajęcie, więc oszczędzę szczegółów. W każdym razie, po dwóch godzinach udawania błędnego rycerza, który sam nie bardzo wie czego chce, uznałam, że robienie zakupów o pustym żołądku jest całkowicie pozbawione sensu, gdyż moje myśli i tak zaprząta tylko jedna myśl „Jestem głodna”.
Wcinając w restauracji Wujka Donalda bułkę z martwym zwierzątkiem ( i frytki do tego), ciężko zastanawiałam się, czego tak naprawdę szukam w tych sklepach, skoro i tak nic mi się nie podoba. To znaczy jak już się podoba, to albo nie ma mojego rozmiaru, albo na wieszaku wygląda lepiej niż na mnie…
No nic. Wysiorbawszy przez słomeczkę, z pięknego papierowego kubeczka, napój z reklamy „Ja jestem sprajt, ty jesteś pragnienie” wyszłam na zalane słońcem ulice Metropolii i nogi same poniosły mnie w stronę przystanku. Ale po drodze jakoś tak weszłam do jeszcze jednego sklepu. Nawet nie wiem jak to się stało, ale wyszłam z niego z dwiema sukienkami w reklamówce. Tak, tak – ja w sukience to widok niemal tak rzadki jak zaćmienie słońca, ale jednak się zdarza. Skoro je kupiłam, to nie tylko, że mi się podobały, ale jeszcze na dodatek musiały na wieszaku wyglądać równie ładnie jak na mnie:)
Podróż komunikacją miejską w taką pogodę taktownie przemilczę. Jakiś nowy autobus zajechał, ale co z tego, skoro ledwie dwa lufciki miał otwarte. Po 5 min nie wiedziałam, czy to spódnica lepi się do mnie a ja do siedzenia, czy odwrotnie… Temperatury dość wysokie, wilgotność powietrza podobnie – Grecja jak nic. Przynajmniej w tym roku nie będę mieć kłopotów z aklimatyzacją, z tego wynika (choć właściwie raczej rzadko mam z tym problemy). Tylko brak komarów mi uświadamia, że jestem jednak tu, nie tam. Przynajmniej jeszcze:) Miłość greckich komarów do mnie jest niestety odwrotnie proporcjonalna do mojego uwielbienia względem nich. Ogromnie się cieszę, że na Wichrowym Wzgórzu nie ma ani pół komara. To znaczy pewnie są, ale ja za wysoko mieszkam jak na ich możliwości:) Za to wystarczy, że się pojawię gdzieś, gdzie ci krwiopijcy mają swoje łowiska. Wystarczy jeden taki w okolicy i od razu mnie namierzy: bach w rękę, bach w nogę, bach w… ekm… :) Całe szczęście nie gryzą po oczach, jak te greckie żarłoki w ubiegłym roku! Dobrze, że ta zabawa na lotnisku z bagażami i biletami, i sam lot, trwają tak długo, bo przynajmniej Rodzice nie musieli się zastanawiać (jak np. ci mili panowie przy odprawie biletowej), czy to ja, czy może ktoś inny, bo oczy zdążyły wrócić do kształtu z dnia poprzedniego… Oczywiście zaraz po wylądowaniu w Grecji robię pierwsze zakupy. Ale te akurat lubię. Co takiego kupuję? Oczywiście antydzandzarowe straszaki do gniazdka z prądem wkładane potem co noc:)