sobota, 12 września 2009

***


Ech… 

I tyle na dziś. 

                                                  


wtorek, 8 września 2009

do trzech razy sztuka?


Po czterech godzinach spacerowania po drabinie góra – dół, miałam wrażenie, że ktoś mi zamienił ręce i nogi na nie moje… Podobno wysiłek fizyczny jeszcze nikomu nie zaszkodził, tylko dlaczego kolana mi się dziwnie uginają zbyt często i niekoniecznie wtedy, kiedy trzeba? :)
Cóż. Po weekendowym wysiłku intelektualnym, przyszedł i czas na wysiłek fizyczny, czyli remont u Rodziców.
Mam dość sporo czasu, zatem z czystym sumieniem wypełniam go tym co lubię. I dlatego też weekend spędziłam na…konferencji. Może miejsce i tematyka niezbyt miło się kojarzą, w końcu to Oświęcim, ale to jest właśnie to, czym zajmuję się od dobrych kilku lat.
Gdy meldowałam się w hotelu dostrzegłam na liście znajome nazwisko. Nie widziałyśmy się 5 lat. Więc jak za starych dobrych czasów na podyplomówce, zamieszkałyśmy w jednym pokoju i jak dawniej, w każdej wolnej chwili, prowadziłyśmy długie rozmowy, wymieniając się pomysłami i doświadczeniami, nie uciekając też przed wrażeniami wyniesionymi z zajęć. A że nagadać się nie umiałyśmy, poszłyśmy nawet na wagary. I to w większym gronie. Zwłaszcza, że pani prowadząca jeden z warsztatów miała zadziwiający dar zanudzania zebranych. O wiele więcej zyskałyśmy dzięki dyskusji (jak najbardziej związanej z naszą pracą) przy pysznej latte i jeszcze pyszniejszej szarlotce na ciepło z gałką lodów i bitą śmietaną… Mmmm…. Jeszcze teraz czuję ten smak…
Zawsze przyjeżdżam z takich konferencji naładowana energią i z głową pełną pomysłów. Oczywiście jestem do tego zmęczona jakbym nie wiem jak ciężkie dniówki przepracowała. A tu jeszcze była perspektywa skakania po drabinie niemal cały dzień.
Ale zanim wczoraj wdrapałam się na drabinę, z samego rana zameldowałam się w gabinecie głównej dyrekcji, prosząc o zgodę na wyjazd na seminarium naukowe. Kobieta się rozanieliła, że nie ma idealniejszej sytuacji. Przynajmniej nie będzie musiała znowu pytać radców prawnych ani do kuratorium dzwonić, że jej pracownik chce lecieć na drugi koniec świata, by się doszkolić i jak go tu oddelegować, by wszystko było zgodnie z przepisami. Wtedy nie było problemów to i teraz by nie było, ale skoro nie pracuję – jest idealnie..
Podpisała mi gdzie trzeba i obiecała trzymać kciuki za powodzenie w tym całym castingu. Bo wysłanie aplikacji to dopiero początek. Chętnych jak zawsze dużo, a miejsc niekoniecznie. 25. Na całą Polskę.
Gdy, po wczorajszych figurach akrobatycznych przy klejeniu tapet, zwlokłam się dziś z łóżka i uznałam, że obie nogi są jak najbardziej moje, zrobiłam rachunek sumienia, wypisałam samochwałkę( czyli próbowałam przekonać szanowną komisję rekrutacyjną, że jestem właściwą osobą do udziału w seminarium), włożyłam całą dokumentację do koperty i kaczym krokiem podreptałam na pocztę. O rany… Kiedy ja miałam ostatni raz takie zakwasy?? Chyba jakaś gimnastyka by się przydała częściej, albo co….
Za to gdy weszłam do Rodziców… Mama załamana, Tata zły. Gdy wychodziłam wieczorem, wszystko było normalnie. Tapety wisiały, nawet sobie schły. Co prawda trochę na nie wymyślałam, bo jakieś dziwne były i nie kleiły się jak zawsze. I proszę. Pomarszczyły się przez noc w tak oryginalny sposób, że nie sposób tego opisać… Jak długo kładę sama tapety, zdarzyło mi się takie cudo pierwszy raz. Szok. To nie może tak zostać. Trzeba rwać i kleić na nowo.
Mama w płacz. Przecież to dodatkowy wydatek w ich skromnym budżecie. Przeszukałam plecak. Znalazłam kartę. Idziemy do sklepu.
Z miną znawcy obejrzałam dokładnie wszystkie tapety, które wpadły Mamie w oko. No ale, cóż ja – magister historii o dość specyficznych zainteresowaniach zawodowych, mogę wiedzieć o tapetach ponad to, co sobie wymacam w sklepie...
Kupiłyśmy. W tym czasie Tata rozpoczął dzieło zniszczenia. I co się okazało? Tam gdzie tapety odeszły – można było zerwać bez problemu. Tam, gdzie się przykleiły – najchętniej odeszłyby razem z tynkiem lub wcale… Wrr..
Mam nadzieję, że jutro obędzie się bez żadnych niespodzianek i nie będzie czegoś w rodzaju „Do trzech razy sztuka”…





czwartek, 3 września 2009

kto rano wstaje, ten...


Dziś przeszłam samą siebie. Gdy o szóstej rano telefon zatańczył na biurku wydając z siebie trudne do powtórzenia dźwięki, od kilkunastu minut już nie spałam. Tak się bałam, że zaśpię, że obudziłam się jeszcze przed budzikiem. Za oknem ciemna noc, a tu trzeba wstać, żeby na dziewiątą dotrzeć do przychodni. Wiadomo – nie dość, że rano nie potrafię niczego znaleźć, nawet jak jest to w zasięgu wzroku, grzebię się niemiłosiernie, to jeszcze trzeba dojechać…
I co? Uwinęłam się jak nigdy, jeszcze czasu nawet trochę zostało. Potem autobus, przesiadka, tramwaj, tuptanie przed siebie. Ba… Żebym to ja pamiętała gdzie ta przychodnia… Tu wysiąść, na światła, potem prosto… Aaa – Akademia Muzyczna, to na pewno tu skręcić, potem prosto.. Ok., jestem na dobrej drodze. Jakiś GPS mi się włączył. Trafiłam.
Wdrapałam się na pięterko, prosto do rejestracji. I oto po czterech miesiącach czekania na audiencję u pana doktora, pani mi mówi, że dziś nic z tego, bo pan doktor ma niesprawny bark i nie może przeprowadzić badania (nosz…..to po co spisywała mój numer telefonu jak nie po to, by zawiadomić „W razie czego”???)
- O tu panią wcisnę, mam wolne miejsce, za trzy tygodnie. Może wtedy już będzie ruszał ręką. Ale proszę przedzwonić wcześniej, żeby się upewnić.
Uśmiechnęłam się najładniej jak umiem, zabrałam karteczkę i wyszłam. No i masz kobito szczęście, że nie muszę dzwonić teraz do wice, że jednak się pojawię na lekcjach (o ile dojadę), bo bym chyba do końca życia zawodowego miała u niej przechlapane. No bo od kogo bym dostała jakieś zwolnienie za ten dzień??
Cóż. Czasu mam pod dostatkiem, u Siostry mam być za trzy godziny. Przespaceruję się po Metropolii, może jakieś sklepy już będą otwarte, jakoś przetrzymam.
No to idę. Poranny spacer po mieście. Nigdzie się nie spieszę, mam czas. I jakoś zmysły mi się chyba wyostrzyły. Kiedy ja ostatni raz zarejestrowałam tyle rzeczy naraz? Tu układają chodniki, tam zrobili ładny skwerek, postawili ławki. Na jednej z nich starsza pani popija herbatkę z termosika wygrzewając się na słonku. Z naprzeciwka idzie jakaś para. Rozmawiają. Nagle on wyciąga szybko z teczki kartkę i długopis i usilnie prosi dziewczynę o numer telefonu (a ja myślałam, że to tylko w filmach się zdarza.. spotykają się na ulicy i wymieniają numerami telefonów…). Ona się wije jak wąż w myjni samochodowej tłumacząc mu, że nie widzi takiej potrzeby, on nalega… Mijam ich, choć ciekawa jestem jaki był finał tej rozmowy. Ale już z boku dobiega mnie głos starszej pani. To pewne starsze małżeństwo zaciekle dyskutowało nad tym, dlaczego nie można w zdrowiu doczekać do śmierci, tylko człowiek jeszcze się musi namęczyć zanim umrze. I to chodzenie po tych lekarzach… 
Ewa, obudź się. Kawy ci potrzeba. Za dużo widzisz i słyszysz…
Wchodzę do Wujka Donalda. Nagle dostrzegam wpatrzone we mnie rozpromienione oczy i ogromny uśmiech.
- Dzień dobry! – krzyczy do mnie właściciel obojga. Na stoliku jakieś notatki, obok siedzi jeszcze ktoś z notatkami. Powtórka przed egzaminem?
Uśmiecham się w odpowiedzi. Nic się nie zmienił. Ile lat temu go uczyłam? 7? 8?...
Pierwszy łyk kawy uświadomił mi, że nie zabrałam cukru. Ale i bez niego o dziwo okazała się tak dobra jak zawsze… Postanowiłam się poużalać, jaka to ja nieszczęśliwa jestem, że wstaję w środku nocy i po co?... W odpowiedzi czytam "Kto rano wstaje, ten... lekarza nie zastaje:)"...
Sister wyczuła pismo nosem, bo wraz z ostatnią kroplą kawy przeczytałam jej esemesa, że jak jestem po wszystkim, to mogę przyjechać wcześniej, bo już jest w domu. Uff… Pewnie, że jestem po wszystkim. A nawet jeszcze wszystko przede mną.
Za dużo wrażeń, jak na jedno przedpołudnie. Choć potem doszły jeszcze sporty ekstremalne, czyli szwagier odwożący mnie do domu (dlaczego zawsze hamuję razem z nim??) I gdy już mi się wydawało, że czas odespać te poranne eskapady, znów zaświergolił mój telefon. „Jak tam pakowanie? Tylko nie zapomnij jutro wsiąść do autobusu”. Rany! Zapomniałam, że to już jutro! Rozwijanie zainteresowań przecież jest równie ważne jak dbanie o formę fizyczną, prawda? :)