czwartek, 10 grudnia 2009

na gościnnych występach


- Pani … (i tu pada moje nazwisko) jest w szkole! – krzyknął jeden przerażony głos spod drzwi pokoju nauczycielskiego.
- Rany! Od kiedy??!! – odkrzyknął mu drugi, w niemniejszej panice.
Pod drzwiami się zakotłowało, jakby umyślni chcieli w sekundę obiec całą szkołę z „dobrą” nowiną, a w pokoju wybuchły salwy śmiechu. Tak czy owak, miło wiedzieć, że co niektórzy z „niecierpliwością” wyczekują mojego powrotu.
I że wśród moich koleżanek i kolegów jest niemałe grono, które autentycznie się ucieszyło na mój widok. Wyściskali, wypytali co u mnie, pozazdrościli, że nie muszę przychodzić na popołudniowe konsultacje. Było mi strasznie miło. Bo przecież mogli się zachować jak derekcja, czyli tylko odkłonić się na „dzień dobry” i przejść nad moją obecnością do porządku dziennego. Czerwonego dywanu przed sobą nie wymagam, ale nawet sztampowe „Co słychać?” świadczy o jakimś poziomie kultury. Zresztą, nie ważne. 
A przyszłam tylko po herbatę i mydło, bo sekretariat zadzwonił, że są do odbioru. Choć do teraz nie potrafię zrozumieć, dlaczego koleżance historyczce wpierałam, że przyszłam po kawę i mleko. Potem się poprawiłam, że oczywiście że nie po mleko, tylko masło. Ale jak zobaczyłam jej zatroskaną minę, na poważnie się zastanowiłam, po co ja tak faktycznie tu przyszłam….Gdy już ustaliłyśmy co jest do odbioru, kazała mi dobrze wypocząć, bo jeszcze się kompletnie nie nadaję do powrotu do zawodu:) No i nie byłabym sobą, żeby nie potuptać tu i tam. No to najpierw do biblioteki po Harrego dla Brata, bo się w nim namiętnie rozczytał, a ostatnie tomy wszędzie wypożyczone. No a gdzie istnieje opcja, że książki są, ale nikt ich nie wypożycza? Oczywiście - szkolna biblioteka. Bingo! Leżą mi tu zatem na szafce dwa opasłe tomiska i czekają na odbiór. Ale wychodząc z biblioteki usłyszałam znajome dźwięki kolęd. Podążając za nimi trafiłam na próbę chóru (a pewnie, że mnie kamery widziały, a co mi tam..). Dostałam krzesełko, kartki ze słowami i tylko rozbiegane oczy pierwszoklasistek zradzały, że nie za bardzo wiedzą o co chodzi. Tylko te starsze uśmiechały się figlarnie zza swoich kartek. No i się stało. Po pół roku niemówienia, wysiłek głosowy w postaci zaśpiewania dwóch kolęd, i to nie było mruczenie pod nosem, zakończył się znaną opcją „szeptem do mnie mów”… Czasem się zastanawiałam na mszy, co się dzieje, że zawsze głośno i czysto, a od jakiegoś czasu ledwo jakiekolwiek dźwięki z siebie wydaję. No to już wiem czemu…
No nic, jeszcze osiem miesięcy. Dojdę do formy. Może będę częściej wpadać na chór, żeby przewietrzyć struny głosowe? Bo żeby nawet swojej popisowej ulubionej solówki nie móc zaśpiewać?... Masakra…
Mam wrażenie, że ping-pong stanął mi w przełyku...



niedziela, 6 grudnia 2009

Tak się bawią Czarownice:)


Kolejny szabat Czarownic odszedł do historii. Przyleciały niemal jedna za drugą czyniąc ogromny rejwach na korytarzu. Zaparkowały miotły w pachnącym ciągle świeżością przedpokoju, opalcowały szafę i lustra, obmacały ściany, po czym rozbiły obozowisko w pokoju rozsiadając się na fotelach i kanapie. Śmichom, chichom i paplaniu końca nie było. Wymieniły się najnowszymi ploteczkami ze świata i okolicy, ponarzekały i pomarudziły, jak zazwyczaj przy takich okazjach im się zdarza, z nutką nostalgii powspominały „jak to drzewiej bywało”, rozwinęły wodze fantazji względem tej mniej lub bardziej odległej przyszłości, a wszystko przy dźwiękach zdradzających, że stół, wokół którego się rozsiadły – pusty nie był wcale a wcale. 
A gdy ciemność już słuszna nastała i pora raczej godzinę duchów przypominająca niż czas czarownic, weszły z powrotem w ziemską powłokę żon i matek. Złapały miotły pod pachę i odleciały każda w swoją stronę, eskortowane przez zawezwanych wcześniej dragonów, gdyż rumieńce na twarzach co poniektórych aż nazbyt wyraźnie wskazywały, że jeden z napoi spożywanych na zlocie zwykłym nie był. Choć jego smak przypominał uporczywie jednej z nich całkiem nieodległą przeszłość.




piątek, 4 grudnia 2009

Basia, Basia, Basia, Baś...


                                                      roza 
Piosenka nieodłącznie kojarząca mi się z Barbórkami z dzieciństwa. A tak swoją drogą – ciekawe, czy dziś Radio Katowice też ją puściło w eter :)
Szyby górnicze widzę za każdym oknem, tąpnięcia jeszcze się zdarzają, ale już nie tak często jak kiedyś, gdy po klasie jeździły biurka i stoliki, a po mieszkaniu meble. Choć, jak czasem huśtnie… :)  
Nie będę się rozwodzić nad pracą górników. Kto nigdy nie chciał jej docenić i tak tego nie zrobi, a kto na własnej skórze przekonał się jak ciężka to praca – uśmiechnie się pod nosem i pomyśli „A co ty o tym wiesz kobieto?”. Ano wiem tle co wyniosłam z domu, gdzie pokolenia pracowały na kopalni. Wszystkim górnikom zatem „Szczęść Boże”. Żebyście zawsze po szychcie swoje znaczki osobiście oddawali do markowni. A Basiom i Barbarom wszystkiego naj:)

P.S. Jest 15.50. Spytałam Rodziców. Uprzejmie donoszę, że puścili z samego rana:) Czyli tradycja podtrzymana