Cmentarz jest od kilku lat niemal nieodłącznym towarzyszem mojego życia, gdyż mieszkam naprzeciw największego cmentarza w moim mieście.
Idąc do szkoły codziennie przechodzę przez cmentarz. Czasem zajdę do Agnieszki, czasem do Sławka, zaświecę przy krzyżu znicz dla Irka, bo jego grób za daleko... Przyjaciele, których już nie ma. A czasem ich tak brak:( Szalonych pomysłów Sławka, niesamowitego optymizmu Agi, ulubionego "OK" Irka i tych kwiatków, które mi rysował na każdej kartce czy w liście, jakie przesyłał...
Wspomnienia się zacierają. Prawie nie pamiętam moich babć i dziadków. Ledwie migawki przebiegają przed oczami. Czasem patrzę na pożółkłe fotografie i wtedy nagle wraca ten zapach babcinej kuchni i fajki dziadka, ten smak śledzia po gdańsku, który dziadek tak uwielbiał, a my jeszcze bardziej, więc babcia sadzała nas na brzegu łóżka dziadka i karmiła wszystkich równo: łyżeczka po łyżeczce...
Czasu nie da się zatrzymać ani cofnąć. Biegnie nieubłaganie do przodu i musimy się z tym pogodzić. Tym co odeszli już nie powiem jak bardzo mi ich brakuje, jak bardzo za nimi tęsknię, jak bardzo są dla mnie ważni. Mogę powiedzieć to tym, którzy razem ze mną idą przez życie - choć często jest pod górę, choć często się boleśnie ranimy i nie potrafimy zrozumieć.
I staram się mówić. Żeby nie żałować, że nie zdążyłam im tego powiedzieć, gdy byli obok mnie. Bo nie wiem, kiedy odejdą, ani kiedy ja odejdę:(
Smutno się zrobiło. Ale smutno mi od kilku dni, choć staram się tego nie pokazywać. Idę trochę pomarznąć na balkonie. Cmentarz o tej porze już pewnie świeci się jak gigantyczna choinka. Nie wiem dlaczego, ale bardzo lubię ten widok...