środa, 31 grudnia 2008

w blasku nocnej lamki...

Nie miałam dziś nic pisać. To miał być dzień, jak każdy inny. Mama dostała wyniki - guz nie był złośliwy... Ufff. Młoda dziś przywiozła pióro, żeby literki były kształtniejsze. To nic, że nawet uszy miała z atramentu - tak pochłonęło ją pisanie "a" i "o".... Przeczytałam "Kubusia Puchatka", czyli plany świąteczne wykonane w 50%. Kupiłam nowy czajnik do kuchni i się jeszcze nie popsuł... Nawet stwierdziłam, że liczba moich słoni wzrosła do... 201, bo 11 jakoś nie zauważyłam:), a 2 przybyły przez Święta...
Ale nie skończy się ten rok tak, jakbym tego chciała. Bo nic już nie będzie jak kiedyś. Ktoś o mnie kiedyś powiedział "jakaś kochana, takaś naiwna"... Bo ja ciągle mam nadzieję, że jeszcze bedzie dobrze. I choć może nie wyglądam na optymistkę, ciągle z nadzieją patrzę na lepsze jutro. Nawet jeżeli to jutro będzie za ileś lat.

poniedziałek, 29 grudnia 2008

no i zostały trzy dni

Lubię siedzieć w ciemnym pokoju, w którym jedynie wesoło migocze choinka. I choć mi ciągle jeszcze świątecznie w duszy gra, już powoli, dzień za dniem, schodzę na ziemię.
Wymyślanie plastelinowych ludzików, budowanie pojazdów kosmicznych, pirackich i wojskowych w klocków lego, czy czytanie kolejnych opowieści o Kubusiu Puchatku, Kocie w butach czy Plastusiu - oto moje zajęcia na koniec roku. Dziś np. rysowałam z moją 6-letnią bratanicą szlaczki i literki. Tzn. ona rysowała, a ja śledziłam wzrokiem jej wysiłki, by dokładnie powtórzyć wzór, a potem samej narysować co trzeba i jak trzeba. Ale tyle przy okazji miała powodów, by co chwila robić przerwy: a to ręka boli, a to długopis za ciężki, a to jej straszy brat robił akurat coś ciekawego z klocków i się zapatrzyła... Po 15 minutach walki z wężykami i laseczkami pobiegła jeść obiad, a potem szybko wróciła do pokoju. Gdy chwilę potem siedziałam z mamą w kuchni i jadłyśmy obiad, aż obie parsknęłyśmy ze śmiechu:
- Bo wiesz, w szkole też tak mamy - instruował ją straszy brat, dumny pierwszoklasista. - Mamy przerwę, a potem wracamy i znowu piszemy. Mówię ci, ile my godzin w tej szkole piszemy!
Gdy wróciłam do pokoju, Młoda z przygryzionym ze skupienia językiem, była w połowie linijki z literką "i".
- Bo to już pisaliśmy w zerówce - oświadczyła, gdy spytałam, czemu tak zaczęła od środka alfabetu. Ale gdy uporała się z całym rządkiem "i", stwierdziłam, że na dziś wystarczy. A przy okazji zrobiło mi się żal tych 6-latków, które zostaną wtłoczone w szkolne ramy, podczas gdy mają jeszcze naturalne skłonności do zabawy.
No i tak mi się ten rok kończy, że ja - nocny Marek i śpioch nad śpiochami, jestem na nogach już o 6.30... Poranny mróz co prawda zaraz mnie stawia na nogi, ale jest też plus tego wszystkiego - mam okazję zjeść na śniadanie mleczną bułkę, jak za starych dobrych czasów:)
Stare, dobre czasy... No tak. Czas leci bardzo szybko. Za trzy dni zaczniemy odliczać dni od nowa. Nie, dziś nie mam ochoty na patrzenie w przeszłość. Zresztą, życie to nie film, gdzie można coś przewinąć, zatrzymać jak stop-klatkę, powtórzyć. Nie da się. To odeszło. Odeszły dni dobre i te, o których chciałoby się zapomnieć i nigdy nie przeżyć. Ale wszystkie te wydarzenia czegoś nas nauczyły, czasem pomogły nabrać dystansu do tego, co nas spotyka, czasem ten dystans stracić. Nic dwa razy się nie zdarza, a nawet jeżeli się zdarzy - już nie będzie drugi raz tak samo.

sobota, 27 grudnia 2008

i po Świętach?

Minęły jak zwykle za szybko. Zawsze tak jest.
Za oknem biało. Może nie są to zaspy po pas, ale przyjemna, świateczna, bożonarodzeniowa biel. I mróz, też niewielki, ale już zdążyłam zapomnieć jak to jest, gdy z zimna szczypią uszy i policzki, o nosie nie wspomnę:)
W radiu umilkły świąteczne rytmy. Wszyscy robią rozrachunki z minionym rokiem. No tak. Sylewster za pasem. Prawa rynku...
A w moim sercu ciągle rozbrzmiewają kolędy... A mojej głowie ciągle przewijają się świąteczne obrazy... Aż do teraz mi przechodzą dreszcze na wspomnienie Pasterki, gdy orkiestra zagrała na jej początku "Wśród nocnej ciszy.." Wszystkie Pasterki z dzieciństwa kojarzą mi się z tym samym: ciemny kościół, 12 uderzeń w gong i pierwsze dźwięki tej samej kolędy wygrane przez orkiestrę górniczą. I co roku jest tak samo. Jakby czas stanął w miejscu. I gdy brakuje któregoś elementu jest mi jakoś nieswojo.
Same Swięta minęły bardzo spokojnie i rodzinnie. Choć nie obyło się bez małych wypadków:) Gdy tata świecił świeczki przed Kolacją, nagle zgasła połowa choinki. Oczywiście rozmowa przy stole kręciła się wokół ewentualnych przyczyn tego "niezwykłego" wydarzenia:)) Na szczęście zawsze jakieś zapasowe światełka są pod ręką. Mam nadzieję, że i dla mnie się coś znajdzie, bo... wczoraj zgasły mi wszystkie żółte światełka z połowy choinki:( I tak na dobrą sprawę, wcale mnie to nie zdziwiło:))
Czy już po Świętach? Teoretycznie tak. Teraz od nas zależy ile tej atmosfery przetrwa w nas i na jak długo jej nam wystarczy.