No to tak - odmieniło mi się cosik przy tym nieparzystym... Od tygodnia, codziennie rano, godzina 6 (napisze może słownie, bo sama w to nie wierzę: szósta), a ja otwieram oczy i... jestem wyspana! Masakra. Budzik włącza się jakieś 15-30 min. później, zależy od dnia, a ja nawet nie włączam drzemki, tylko spokojnie go wyłączam i dalej się wpatruję w sufit, jakby było tam co najmniej "Stworzenie Adama" Michała Anioła... I nie spóźniam się do pracy, tzn. nie wpadam równo z dzwonkiem na przerwę. Cały tydzień grzecznie, jestem przynajmniej 15 min. wcześniej.
Zaczynam się bać, że tak już będzie zawsze i że sowa zamienia się powoli w porannego skowronka. I to, żebym jeszcze padła jak kawka koło 20. A tu nie! Normalnie dopiero o tej porze (czyli koło 18-19) dostaję tzw. weny i zaczynam robić coś sensownego. Chodzę spać też normalnie, czyli przed północą, ale ta szósta rano mnie rozbraja:)
Eeee... Czy ja napisałam, że robię coś sensownego?:) Nie, nie. Ja nie pamiętam, kiedy ostatnio robiłam coś sensownego:) Moja Przyjaciółka ostatnio mnie spytała, czy pracuję w policji, że ciągle piszę jakieś raporty. Rozbawiła mnie tym pytaniem:) Ale w sumie miała rację. Właśnie kończę kolejny. A, że do jego napisania przydatna była wyższa matematyka typu: dodać, pomnożyć, podzielić, czasem odjąć - kalkulator w mojej komórce przestał mieć dla mnie jakiekolwiek tajemnice:) W pewnym momencie już mi palce sztywniały od tych małych guziczków i zaczęłam nawet liczyć w pamięci, i to z powodzeniem:) Zatem uznałam, że tak całkiem do końca jeszcze nie skapcaniałam i wszystko ze mną w porządku. Ufff... :))
A tak naprawdę, to właśnie próbuję odreagować po tygodniu, który dał mi porządnie popalić. Dbanie o własne bhp jest bardzo ważne. Czasem wystarczy chwila rozmowy z kimś bliskim, by było lepiej, by mozna było się uśmiechnąć, zażartować, a nawet i trochę ponarzekać. Pomaga. Oczywiście pod warunkiem, że taki bliski ktoś jest.
Od stycznia ciągle coś się u mnie zmienia. Nie ma dnia, by coś się nie działo. Ale, jeżeli tylko skutki pewnych decyzji będą pozytywne - nie żałuję, że je podjęłam. Nawet, jeśli - tak jak wczoraj, choć od dawna przemyślane, podjęte w ostatniej chwili, na zasadzie "raz kozie śmierć". To miał być rok zmian i zanosi się, że taki właśnie będzie:)
I choć za oknem pada deszcz i jest nieprzyjemnie zimno, póki siedzę sobie w ciepłym pokoju, a przede mną perspektywa dwóch wolnych dni [tylko nie chcę się budzić o 6 rano! :)] - wszystko jest ok:)
Spojrzałam właśnie z ciepłym uśmiechem na połataną trąbę Bubusia, który kilka dni temu zmienił swoją miejscówkę i teraz towarzyszy mi przy komputerze, i uświadomiłam sobie, że czas najwyższy powyciągać z kartonów jego mniejszych trąbalskich towarzyszy. Populacja moich współlokatorów wzrosła do magicznej liczby 202... Proszę nie uciekać sprzed monitorów:) Wszystkie osowojone, niektóre z własnymi imionami, grzeczne, znają swoje miejsce. Po prostu chodząca kultura na cztery łapy, dwoje uszu i jedną trąbę:)