Wyskoczyłam z łóżka jak oparzona.
- Rety! Chodnik rozwalają! Wody nie będzie!
No bo że ciepłej wody nie ma prawie co drugi dzień, to już się człowiek przyzwyczaił, ale dziś musi być! Między ludzi trzeba iść. Odsiedzieć swoje na konferencji… Grzanie wody w garnkach opanowałam do perfekcji, ale co jak zakręcą wodę na amen??
Biegnę do łazienki, odkręcam kran… Leci! Uff… To co się tak tłuką? Jeszcze siódmej nie ma… (sama nie wierzę w to co piszę – ja, przed siódmą na nogach…)
No i zastygłam z ręką na klamce okna. W polu widzenia pojawiły się dwa wielbłądy. Za chwilę dołączyły do nich dwa kolejne… Policzyłam jeszcze raz. Zgadza się. Cztery. Wielbłądy w dodatku. No tak, cyrk przyjechał. Namiot rozkładają i dlatego ten hałas…
Wróciłam do łóżka. Jeszcze chwilka…
Chwila oczywiście trwała dłużej niż powinna. Ale na ciepłą wodę się załapałam. Godzinę później usłyszałam tylko groźne syczenie w kranie …
I jeszcze Mama wpadła na kawę, a dzieciarnia z okrzykami radości wpatrywała się w garbate stworzenia cierpliwie przeżuwające jedzoną trawę.
No i przeżyłam 4 godziny siedzenia na konferencji, choć nie wiem po co tam byłam potrzebna. Ewidentnie ktoś chciał pokazać, że tu rządzi… Posłuchałam, pokiwałam głową ciesząc się w duchu, że cały ten cyrk mnie minie szerokim łukiem, podpisałam się na liście, a na koniec koleżanki siedzące obok stwierdziły, że będzie im brakować na konferencjach moich złośliwych komentarzy… Wyrobiłam się przez te wszystkie lata? ;)
No ale teraz już nie ma zmiłuj. Trzeba opracować plan działania. Choć wiem od czego zacznę. Okna. Chyba czas je umyć. Zwłaszcza po dzisiejszym najeździe Hunów … Oczywiście pod warunkiem, że mi znowu nie zakręcą ciepłej wody:)