Wywczasy już niemal za progiem i oto pojawił się odwieczny
problem: ile zabrać książek do czytania i jakich?… Oczywiście półki uginają się
od ciężaru literatury wszelakiej, ale to tak jak z ubraniami – szafa pełna, a
nie ma co ubrać ;)
I oto w ramach odchudzania bagażu,
Rajski zaproponował kupno czytników ebooków i zainwestowanie w ebooki właśnie. Argumenty
dosyć sensowne, bo faktycznie – już nie ma miejsca na półkach na nowe pozycje
(jeszcze 38 Agath Christie mi brakuje do kolekcji, a jemu też wciąż przybywa
Star Warsów), a książki zabierane na wakacje też ważą.. Więc gdzie problem? W przywiązaniu
do tradycji. Bo książka to książka i basta. Młoda nazbierała na swój czytnik
jakieś pół roku temu, ale i tak mimo to czyta książki „w papierze”. Więc testujemy
na jej czytniku samą jakość czytania na ekranie. To znaczy ja testuję. Ma wgrane
fabrycznie 700 pozycji tzw. literatury światowej. Od Homera i Platona
począwszy, a na poczciwej „Naszej szkapie” skończywszy. I w co kliknęłam? „Ogniem
i mieczem”. Dawno temu chciałam sobie przypomnieć, to mam okazję. I czyta się nawet
dobrze, tylko niby książka, a jednak nie książka.