niedziela, 12 sierpnia 2018

Pozdrowienia z Grecji

Przed nami jeszcze trochę greckiego lenistwa. Leżymy grzecznie raz w słońcu, raz w cieniu, tańcząc leżakami wokół parasola i czytając książki, ale wiatr i słońce i tak robią swoje. Tylko Młoda wciąż słońcoodporna... Wieczorami, zamiast na księżyc, gapimy się w oblicze Marsa, który w tym roku jest wyjątkowo piękny i widoczny.
Póki co przesyłam małą namiastkę tego, co oglądam z leżaczka. 



Pozdrawiam gorąco :) 

piątek, 27 lipca 2018

z rozmyślań przy porannej kawie


Nawet nie pamiętam, kiedy ostatnio rozsiadłam się na leżaku łapiąc promienie słońca. Za gorąco. W taki upał czuję się na balkonie, jak w piekarniku – zero przewiewu. Owszem, siądę na chwilę, między jedną wyprasowaną bluzką a dziesiątą, ale po chwili, zlana potem, uciekam do pokoju. Może dziś się uda? Niebo zachmurzone, w powietrzu czuć deszcz i burzę. W nocy nawet otwarte na oścież okno nie daje wytchnienia. Dopiero wieczorem, gdy słońce przechodzi do drugiej części hacjendy, siadamy z Rajskim na balkonie (jest już przyjemny cień) i czytamy lub po prostu rozmawiamy. Nie wyobrażam sobie mieszkania bez balkonu. Choć ostatnio choruję na ogromny taras... Stół, krzesła, leżaki, hamak no i pelsie… Dużo pelasi :) Bo te moje, szalone, w tym roku przeszły same siebie. Obiecałam pokazać – oto więc one. Jakość nienajlepsza, bo telefonem i z oddali, ale tak – te czerwone krzaczory, to moje pelasie.



wtorek, 24 lipca 2018

Mars

Od początku lipca nieprzerwanie zagląda z ciekawością w okno balkonowe. I łypie tym swoim pomarańczowym okiem. Nawet nie mrugnie. Gdy zajrzał wraz z pucułowatym księżycem w pełni, przemknęło mi tylko przez myśl, że to on – nikt inny. Bo w końcu Rajski tyle razy powtarzał, że pomarańczowy i nie mruga… A potem namierzył go teleskopem. Mars jak nic.

Rano zagadnęłam do męża:
- Kotku, chyba Mars nam znowu świeci w okna.
- A skąd te przypuszczenia? Czemu mnie nie obudziłaś? – spojrzał jak na ufoludka.
- Bo i tak niedosypiasz… - zamrugałam. – A był pomarańczowy i nie mrugał.
Uśmiechnął się.
- To obudź mnie, jak się przebudzisz i będzie Cię zaczepiał.
Ale na drugi dzień późno wieczorem, już w nocy prawie, sam wyjrzał przez balkon.
- Chyba masz rację, to musi być Mars – oznajmił.

Ale temat ciągnął się niemal cały lipiec. Niebo dosyć często bezchmurne, a pomarańczowy, niemigający punkcik wędrował sobie spokojnie po południowym niebie. Aż kilka dni temu wracaliśmy późnym wieczorem z kina. Księżyc, jak nadjedzony kawałek sera, świecił radośnie, a obok nieruchomy punkcik. Spojrzeliśmy na siebie. Neptun, albo Saturn. Wenus nie, bo właśnie machała do nas z zachodu. Trzeba sprawdzić.

Wytargaliśmy teleskop na balkon. Lornetka była zbyt niesforna. Ręce się trzęsły, serce biło jak oszalałe – nie dało się nawet na Księżyc patrzeć spokojnie. Rajski wydawał okrzyki pełne ekstazy, gdy w zwierciadle teleskopu odbiły się kratery na Księżycu, a niemal podskakiwał z radości, gdy nieruchomym punktem tuż obok ( a raczej „obok”…) okazał się jednak Neptun i jego cztery widoczne księżyce. Widok niesamowity!

Gdy już napatrzyliśmy się i trzeba było zamknąć domowe kosmiczne kino, spojrzałam na południowy wschód. Nad horyzontem zamajaczyła pomarańczowa plamka. W pierwszej chwili pomyślałam, że to samolot. Ale za jakiś czas to coś wisiało dalej nieruchomo.

- Poczekamy aż się trochę przesunie. Za mały ten balkon. I jeszcze te twoje pelasie. Nie da się tak obrócić teleskopu – uznał Rajski. I wróciliśmy na balkon za godzinę. Było koło 23. Niebo dalej bezchmurne. Księżyc z Neptunem już uciekły za blok, a pomarańczowa plamka tkwiła nieruchomo w ich miejscu. Mars. Piękny, pomarańczowy. Nie do pomylenia na lipcowym niebie.