piątek, 3 maja 2019

o mało co...

Dzień był piękny wówczas, jak wiele innych dni. Sprawdzam sobie pocztę i… Hmmm… Nic ostatnio sama do siebie nie wysyłałam (czasem mi się zdarza), więc skąd ten mail? Ale sekundę później już wiedziałam. Wystarczył rzut oka na pierwsze zdania. Po angielsku sama do siebie nie piszę, zatem nie ja go pisałam. Reszta tajemnicy rozwiązała się sama dość szybko. Otóż, nie rozwodząc się zbytnio – ponad rok temu wszyscy na hacjendzie zmienialiśmy hasła do wszelkich portali, z rozkazu Rajskiego, bo były jakieś wielkie wycieki danych – głównie haseł mailowych. Musiały chyba wypłynąć też hasła mailowe mojej domeny, bo oto właśnie, jakiś amator cudzych listów spróbował szczęścia z moim adresem. Miał jednak biedaczek pecha. Hasło, którym tak się szczycił, że je poznał i teraz mi pokaże, jaką to ma siłę przebicia, że jak nie zapłacę 997 dolarów albo innych wirtualnych pieniądzorów, to pokaże całemu światu filmy jakie nagrał z mojej kamerki (najpierw musiałabym nie wiem co przed nią wyczyniać…), udostępni wszystko co mam na laptopie (powodzenia z przekopywaniem się przez te gigabajty śmieci…) i takie tam inne angielskie bzdury – jest dawno nieaktualne. I tu pewna zagwozdka mi się pojawiła… To jak u licha wysłał maila z mojego adresu??? I tu do akcji wkroczył mój ślubny prywatny specjalista od bezpieczeństwa sieci. Postukał w klawisze, poklikał myszką i bardzo szybko mi pokazał, że jak się chce i umie, to można wysłać maila tak, jakby był wysłany z takiego a nie innego adresu. Tak oględnie mówiąc. A potem sama wyklikałam, że na swojej poczcie mam opcję sprawdzenia nieudanych logowań i się pokazała cała masa tak egzotycznych adresów IP, że ło matko i córko. Zalecenia? Kolejna zmiana haseł. I podwójne logowanie na niektóre strony, w tym na pocztę. Oczywiście, że dostałam prikaz, aby hasła wszędzie były inne. I nie muszę wspominać, że od razu połowę z nich zapomniałam… I to był jeden z powodów, dla których znów długo milczałam… Ale jak czytacie ten wpis znaczy, że z ogromną pomocą Rajskiego (a raczej jego cudownego programu do przechowywania haseł) udało mi się jednak zalogować :)
Takich dziwacznych maili dostałam jeszcze kilka. Każdy mniej więcej taki sam w treści. Ale już wiem, że to błądzenie po omacku. Takich amatorów cudzej prywatności są całe rzesze. I pewnie  w wielu przypadkach udaje się im zalogować na cudze komputery i wyłudzić ogromne sumy pieniędzy. Dlaczego? Bo jesteśmy zbyt wygodni, by w miarę systematycznie zmieniać hasła i je zapamiętywać, czy by zainwestować w porządnego (czytaj: nie darmowego) antywirusa.

sobota, 20 kwietnia 2019

Świąteczne siga, siga


Miałam małą spinkę, że nie zdążę umyć okien. Taki bzik. Kropka nad i przy wszelakim sprzątaniu – okna umyte, to wszystko gotowe. Ale poza tym wielkiego szaleństwa nie było. Sprzątamy na bieżąco, zakupy robimy na bieżąco – czy coś więcej trzeba było robić? No tak, umyć okna ;) Młoda wczoraj jeszcze się zaoferowała iść po chleb. Matko jedyna… 45 minut stała w piekarni… Już wyglądałam nerwowo przez balkon, czy jakaś karetka nie stoi przy przejściu dla pieszych… Bo na chwilę przecież poszła, bez komórki, więc i dowiedzieć się, co na rzeczy, nie było jak.
A dziś rano ostatni szlif: odkurzyć, umyć podłogi – standardowa sobotnia procedura. I od kilku godzin mam już święta jak się patrzy. Siedzimy sobie, pijemy kawę, rozmawiamy i odpoczywamy. Właściwie powinnam napisać ODPOCZYWAMY. Bo ostanie dni dały nam wszystkim w kość. Choć każdemu z innego powodu. Świąteczne plany też obejmują tę właśnie czynność. Takie greckie święta, pod hasłem: siga, siga, czyli powoli, powoli.
I tego też życzę Wam: odpoczynku, spokoju, odrobiny lenistwa, a wszystko w towarzystwie najbliższych. Wesołych Świąt!


niedziela, 14 kwietnia 2019

Divide et imperia

O taką miłość do starożytnej historii nie posądzałabym naszych miłościwie panujących, a jednak… Tak, ja też coraz częściej zaglądam do portfela z pytaniem „Ile dostanę wypłaty za miesiąc?”. Bo za strajk nam nie zapłacą. I nie rozumiem, skąd to larum? Kto zna przepisy wie, że nie zapłacą. Nasz miłościwie panujący grajdołkowy włodarz oznajmił wszem i wobec, że w Grajdołku dziura budżetowa, jak stąd do Honolulu, więc samorząd nie zapłaci. Po ponoć na bieżące wypłaty też już nie ma (???...). A co robi zaraz potem? Foci się ze strajkującymi nauczycielami i pisze jak to ich wspiera… To może jednak wzorem okolicznych miast dopłaci nam w takiej, czy innej formie?... Aha, nie… Bo nie ma… Ważne, że PR ma prima sort…
W szkole atmosfera dziwna. Przedziwna. Udało się podzielić nas właśnie. Bo rodzice dawali znać, że rozumieją, że nie ma problemu. Być może i dlatego nie odczuwają strajku, że od środy i tak by mieli swoje pociechy w domu. Bo my z tych szkół, co to mamy  i egzaminy gimnazjalne i sprawdziany ósmoklasisty, i dzieciaki mają, od września zapowiedzianą, dwutygodniową wiosenną labę. Ale grono się podzieliło. Niestrajkujących ledwie 8. Strajkujących ponad 30. I to my czujemy się dziwnie. Nikogo nie wyzywamy od łamistrajków, ale to pod naszym adresem padły cierpkie i niekoniecznie cenzuralne słowa… Przykre. Bo od naszego własnego kolegi…
Czytam mnóstwo słów poparcia, ciekawe wypowiedzi i za i przeciw strajkowi. I naprawdę wolałabym pracować od 7.30 do 15.30 (oczywiście szkolenia, konferencje, wywiadówki też właśnie w tych godzinach). I niech mi nikt więcej nie wypomina 18 godzin przy tablicy. Ale nie każcie mi niczego więcej robić w domu. Miałabym nareszcie miejsce w szafkach na swoje szpragały i przydasie. Bo na razie mieszka w nich moja praca… I mogłabym w domu być w domu, a nie wciąż w pracy. Na szczęście mam na tyle oleju w głowie, że mój numer prywatny wciąż jest prywatnym i rodzice do mnie nie piszą i nie dzwonią. Wytłumaczyłam i zaakceptowali, że jak coś, to tylko przez dziennik elektroniczny. I nawet przez fejsa nie piszą. Bo tam też moja strefa prywatna.
Szkolnictwo w Polsce wymaga gruntownej reformy. Ale nie takiej narzuconej w ubiegłym roku. Wywrócenie systemu kształcenia do góry nogami, powrót do PRL-u, to nie reforma. I wie to każdy pracujący w szkole, tylko czemu nie ci na górze?... Tak, wiem. Mogę zmienić pracę. I tu jest problem. Bo nie chcę. Bo kocham to, co robię. Ale nie pracuję dla idei. Czasy Stasi Brzozowskiej się skończyły. Tylko ktoś o tym nie chce pamiętać.